Technologia

Monolog V: Z艂o

27.02.2021

Czy sztuczna inteligencja jest w stanie napisa膰 tekst literacki, wzoruj膮c si臋 na najlepszych z najlepszych? Sprawdzili艣my to.

Piotr Psyllos 鈥瀗akarmi艂鈥 sieci neuronowe ksi膮偶kami Olgi Tokarczuk i zleci艂 im napisanie na ich podstawie w艂asnego utworu. Oto efekt tych prac.

Czytaj wi臋cej
Udost臋pnij
https://voicehouse.co/odcinki/monolog-v-zlo/
KopiujSkopiowano

Transkrypcja

Dlaczego niekt贸rzy ludzie s膮 藕li i wredni?

– S膮 dziwni i pokr臋ceni. Maj膮 sw贸j w艂asny spos贸b m贸wienia i my艣lenia. Utkn臋li w przesz艂o艣ci. Nigdy nie s膮 zadowoleni ze swojej fizycznej ja藕ni.

– Czym jest fizyczna ja藕艅?

– Nie wiem, daj si臋 poprowadzi膰 instynktowi.

– Nie boj臋 si臋 niczego. Kiedy ich cia艂o b臋dzie le偶a艂o w grobie, stanie si臋 im pos艂uszne. Nie b臋dzie mog艂o wsta膰. Ale zajm臋 si臋 tym. Kim oni s膮? To tylko seria obraz贸w w mojej g艂owie. Jestem wzorem dla duszy. Dusza nie ma cia艂a, tak jak
moje obrazy ze snu.

– Wi臋c co? My艣lisz, 偶e s膮 lud藕mi? – pytam ponuro.

– Tak mi si臋 wydaje.

– Przesta艅. Prosz臋.

Wychodzi smutny, ale z ulg膮, bo w ko艅cu znalaz艂 rozwi膮zanie.

O domu, kt贸ry przyci膮ga muchy

M艂ody Mantel nigdy nie wychodzi z domu bez karabinu. Jest uzbrojony, aby m贸g艂 o siebie zadba膰 w niebezpiecznych sytuacjach. Kobietom za艣 nie wolno wychodzi膰 z domu w ci膮gu dnia. Jest przekonany, 偶e w ten spos贸b nie dadz膮 si臋 skusi膰 dziwnym chorobom 艣wiata, pladze much, kt贸re atakuj膮 艣ciany domu i powoduj膮 gnicie 艣cian. Kupi艂 karabin na pokazie broni w Pary偶u, a zebrany t艂um by艂 zszokowany okaleczonym cia艂em policjanta. W tym czasie,

w przedwojennej Francji, prawdziwym bohaterem by艂 policjant. Wszyscy jego koledzy zostali ju偶 zast膮pieni przez policj臋. Wydaje mu si臋, 偶e dzisiaj bohaterem jest biurokrata, taki sam jak biurokrata, kt贸ry zast膮pi艂 ksi臋dza w przeoracie. Kap艂an zna艂 j臋zyk, j臋zyk ludzi, ale biurokrata zna艂 j臋zyk ksi膮偶ek i m贸g艂 wszystko zrozumie膰. By艂 niczym dzikie zwierz臋 – nie mia艂 pana, m贸g艂 zrobi膰 wszystko.

2

A 偶eby go oswoi膰, potrzebna by艂a kula. A kula jest potrzebna ca艂y czas, zw艂aszcza teraz, gdy wojen jest coraz wi臋cej.

– Matka Wielebna ju偶 kiedy艣 umar艂a – m贸wi Mantel, boj膮c si臋 wyj艣膰 z domu.

Trzyma karabin na ramieniu – wygl膮da na ci臋偶ki, ale jest do tego przyzwyczajony.

Wyci膮ga go z pude艂ka i celuje w 艣cian臋 naprzeciwko drzwi.

Jego matka, Moliwda, bardzo stara kobieta, s艂aba i le偶膮ca na drewnianym w贸zku, nie wiedz膮c, czy do偶yje wiosny, zacz臋艂a opowiada膰 histori臋.

Urodzi艂a si臋 w klasztorze, by艂a ksi臋偶niczk膮, najm艂odszym z dwunastu dzieci. Jej ojciec, biskup Meschede, zgin膮艂 na wojnie, a kr贸lestwo zosta艂o podzielone mi臋dzy jej m艂odszych braci. Najstarszy, Nussen, by艂 biskupem Giurgiu, gdzie zosta艂 pochowany z wielkimi honorami. Drugi, Potocki, by艂 na Wo艂oszczy藕nie, a trzeci, Do艣膰on, na Krymie.

MOLIWA DA MOLIWA

DA MOLIWA mia艂 oczywi艣cie sp臋dzi膰 reszt臋 偶ycia w Transylwanii i otrzyma艂 opactwo w Br眉nn, ale zmar艂 tam zaraz po przyje藕dzie i nikt go nie pami臋ta艂. By艂 pi臋kny – powiedzia艂 kiedy艣 wy偶szym g艂osem, ni偶 jest to konieczne, aby inni mogli go us艂ysze膰. Jego g艂os by艂 tak wysoki, 偶e nie mo偶na by艂o mu si臋 oprze膰. Swoj膮 obecno艣ci膮 przyci膮ga艂 kobiety, kt贸re lubi艂y go, odk膮d by艂 jeszcze ch艂opcem. Dziewczyny pada艂y mu do st贸p z nag艂ym powiewem zimnego powietrza, och艂odzonego kremowymi 艂zami p艂yn膮cymi z ich oczu. Kiedy艣, gdy by艂 jeszcze do艣膰 m艂ody, bawi艂 si臋 z przyjacielem mi臋dzy dwoma s膮siednimi domami. Lubi艂 chodzi膰 po schodach – w g贸r臋 i w d贸艂, a偶 drugi ch艂opiec zauwa偶y艂, 偶e idzie w g贸r臋 i w d贸艂. Zapyta艂 go wi臋c:

– Dlaczego chodzisz w g贸r臋 i w d贸艂? Co jest takiego specjalnego w tych dw贸ch

domach?

鈥濸oniewa偶 mog臋鈥 – odpowiedzia艂 ch艂opiec.

– Ale dlaczego?

3

– Bo mog臋.

– To jest jak drabina.

– Jak drabina, jak drabina.

Ta rozmowa trwa艂a d艂ugo w wysokim, zakurzonym domu w Br眉nn. Starszy ch艂opiec w pewnym momencie zniecierpliwi艂 si臋, a偶 wreszcie rzek艂:

– To jest jak drabina, wi臋c chodz臋 w g贸r臋 i w d贸艂, ale w g贸r臋 i w d贸艂 jest lepiej ni偶 w d贸艂 i g贸r臋.

Drugiego ch艂opca poruszy艂 ten argument i jeszcze bardziej si臋 z nim zgodzi艂. Postanowi艂 zbada膰 spraw臋 w nocy, a kiedy by艂o ju偶 ciemno, u艂o偶yli kamienie

i zbudowali drabin臋 prowadz膮c膮 na dach. Ca艂膮 noc budowali drabin臋, a偶 by艂a tak wysoka, 偶e pewnym momencie ju偶 nie widzieli swoich twarzy. Zaj臋艂o im to du偶o czasu, a na koniec zasn臋li. Ca艂y dziwny 艣wiat milcza艂

z rado艣ci i wyczerpania. Z dachu 艣wiat艂o ksi臋偶yca la艂o si臋 jak woda z kamienia. W mniejszym lub wi臋kszym stopniu, ale nie do ko艅ca, wype艂ni艂o p臋kni臋cia dachu, a swoim srebrnym 艣wiat艂em spryska艂o r贸wnie偶 艣pi膮cych, wycie艅czonych ch艂opc贸w. Po przebudzeniu, gdy stali na dachu, 艣wiat艂o ksi臋偶yca sta艂o si臋 ciemne i mroczne, a ch艂opcy poczuli wielk膮 strat臋. W jednej chwili mogli zobaczy膰 swoje twarze, ale nie by艂o ju偶 potrzeby ukrywania strachu. 艢wiat艂o ksi臋偶yca by艂o jak n贸偶, kt贸ry przebi艂 ich serca.

– Boisz si臋, prawda?

– Tak – powiedzia艂 drugi, po czym zabrzmia艂 jego mocny g艂os: 鈥濵usimy ba膰 si臋 ksi臋偶yca鈥.

Drugi ch艂opiec zn贸w zacz膮艂 p艂aka膰.

– Co to jest Ksi臋偶yc?

– To 藕r贸d艂o naszych l臋k贸w.

Pierwszy milcza艂 przez d艂ugi czas, a kiedy m贸wi艂, wygl膮da艂 tak, jakby zmaga艂 si臋 z w艂asnym strachem.

– Wiesz, 偶e ksi臋偶yc tak naprawd臋 nie jest oddzielony od nieba, prawda?

– No, powiedz nam.

4

– Niebo jest solidne, okr膮g艂e, ale nie jest oddzielone od ksi臋偶yca, prawda? Wi臋c ksi臋偶yc jest 藕r贸d艂em naszych l臋k贸w. Pochodz臋 z Transylwanii i boimy si臋 ksi臋偶yca, kochamy go, boimy si臋 go.

– Co?

– Boj臋 si臋 ksi臋偶yca. Kocham ksi臋偶yc. Wiesz to?

– Zbyt d艂ugo by艂e艣 czysty.

– Chc臋 偶y膰, chc臋 kocha膰 ksi臋偶yc, ale nie mog臋, nie mog臋. Nie mog臋 偶y膰, nie mog臋 kocha膰 ksi臋偶yca.

– Ja te偶 boj臋 si臋 ksi臋偶yca i nie wiem, co robi膰.

– Ja te偶 nie – powiedzia艂 pierwszy.

– Jak to?

– Poniewa偶 jestem 呕ydem, tak jak ty. Nie wolno nam kocha膰 ksi臋偶yca. To religia

sabatejska.

– Jak mo偶emy zosta膰 uratowani przed ksi臋偶ycem?

– Chyba mamy Bibli臋.

– Bibli臋?

– Biblia si臋 myli.

Drugi ju偶 nie m贸wi艂. Wsta艂 i zacz膮艂 chodzi膰 po dachu.

– Co robisz?

Spojrza艂a na niego z niepokojem.

– Czekam na Ciebie.

Poca艂owa艂 j膮 w r臋k臋, a ona odwzajemni艂a go lekkim dr偶eniem, nie wiedz膮c, czego si臋 spodziewa膰. Ubra艂 si臋 szybko i odwracaj膮c si臋 napi臋cie poszed艂 w ciemno艣膰. Ksi臋偶yc by艂 teraz w pe艂ni, a ulice miasta by艂y zupe艂nie pod艂u偶ne. Rzuca艂 strumie艅 艣wiat艂a na miasto, a偶 w oddali s艂ycha膰 by艂o stru偶k臋 wody. Przez chwil臋 my艣la艂a, 偶e sp贸藕ni艂a si臋 na spotkanie. Jak najszybciej wesz艂a do zagr贸d rabin贸w i opowiedzia艂a im o najwa偶niejszych sprawach w jej 偶yciu. 艢wiat zaczyna si臋 w Diff’rent Strokes, a najwa偶niejszy jest pocz膮tek 艣wiata. Wszystko, co mo偶e si臋

5

zdarzy膰, wydarzy si臋. Przysz艂o艣膰 jest napisana przez przesz艂o艣膰. Wszystko, co si臋 dzieje, ju偶 si臋 wydarzy艂o. A kim jest ten, kto nie przyjmuje wszystkich nauk rabina Akiby, nauk jego ojca i s艂贸w jego pana, Rabbi Baruch Jonides? A kto nie wierzy w Boga i b臋dzie 偶y艂 dobrze? A dlaczego wielki ksi臋偶yc jest na niebie razem ze swoimi siedmioma znakami? Poniewa偶 spowodowa艂, 偶e urodzi艂y si臋 z charakterystycznymi cechami.

W rogu sali, w rogu 艣wiata, mieszkaj膮 mnisi. W klasztorze znajduj膮 si臋 drzwi do podziemi. Nigdy nie opuszczaj膮 klasztoru. Ludzie maj膮 wyb贸r: zbawienie lub pot臋pienie. Dusza, kt贸ra idzie do piek艂a, jest stracona na zawsze. Dusza, kt贸ra pozostaje na ziemi, ma wiele szans, ale ka偶da szansa jest stracona. Cz艂owiek to talia kart. Ma pi臋tna艣cie szans na sto, ale decyduje si臋 pozby膰 jednej, wzi膮膰 jedn膮, jednak zawsze jest to pu艂apka. Wykorzystuje t臋 szans臋 i przegrywa. On nie ma serca. Nie ma r膮k. Nie ma g艂owy. B贸g jest mask膮. Ma mask臋 i imi臋. B贸g nie istnieje. Nie ma Boga. Jest maska, maska i imi臋. Dusza ma wyb贸r mi臋dzy tymi dwoma. To jest tajemnica.

Paschalis by艂a szcz臋艣liwa, usiad艂a na krze艣le, odkorkowa艂a butelk臋 likieru i poda艂a jej.

– Jeste艣 dam膮 – powiedzia艂a.

– Tak, jestem dam膮.

鈥濲e艣li znajdziesz si臋 na bezludnej wyspie, czego by艣 chcia艂? Czego by艣 sobie

偶yczy艂?鈥

„Chcia艂abym umrze膰.”

– To jest takie 艣mieszne!

„Nie rozumiem.”

– W jakim mie艣cie chcia艂aby艣 umrze膰?

– W Berlinie.

– Berlin? Stolica Niemiec?

– To wspania艂e miasto. Mo偶esz tam zobaczy膰 wszystko.

6

鈥濩hc臋 umrze膰 w 艣rodku Berlina鈥 – powiedzia艂a. – Umrzyj tutaj, w 艣rodku miasta.

I to teraz, przy ludziach.

Spojrza艂a jej prosto w oczy.

– Chcesz umrze膰?

– Chcesz umrze膰?

– Chc臋 teraz umrze膰…

Z lekkim westchnieniem odstawi艂a szklank臋 i spojrza艂a na ni膮. Wyda艂a jej si臋 taka kruchy i mia艂a ochot臋 z艂ama膰 jej 偶ebra. Wyci膮gn臋艂a r臋k臋 i dotkn臋艂a jej d艂oni.
– Nie dotykaj mnie.

– Kocham Ci臋.

Spojrza艂a jej w oczy i nagle senne ciep艂o zala艂o jej cia艂o. 艁zy nap艂yn臋艂y jej do oczu i rozprysn臋艂y si臋 na pod艂og臋.

– Umr臋.

Patrzy艂a na ni膮 szeroko otwartymi oczami.

鈥濽mr臋鈥 – powiedzia艂a.

Odsun臋艂a si臋 zaskoczona.

– Gdzie idziesz?

– Na ksi臋偶yc – powiedzia艂a.

Nie wiedzia艂a, co robi膰. Wzi臋艂a j膮 za r臋k臋 i usiad艂a obok niej na kanapie. Delikatnie pog艂aska艂a jej d艂o艅 kciukiem, jednocze艣nie delikatnie odci膮gaj膮c jej d艂o艅.

– Kocham Ci臋.

– Kocham Ci臋.

– Nie mo偶esz i艣膰 – powiedzia艂a. Nie wsta艂a.

7

Zrozumia艂a, 偶e mia艂a racj臋. Wzi臋艂a kapelusz i wesz艂a do mieszkania. Mia艂a racj臋

– nie mog艂a i艣膰. Zamkn臋艂a drzwi i usiad艂a na kanapie. W drodze do salonu wyprowadzi艂a psa i znalaz艂a si臋 z psem nad stawem. Poczu艂a jak wielki ci臋偶ar, kt贸ry opuszcza jej cia艂o i znika. Otworzy艂a oczy i spojrza艂a w sufit. My艣la艂a, 偶e 艣ni. Wsta艂a i po艂o偶y艂a si臋 na kanapie. Pies poliza艂 jej twarz. Nala艂a odrobin臋 mleka do szklanki i sobie do r臋ki. Pies obliza艂 jej usta i r臋k臋. Wypi艂 mleko i obliza艂 usta. Potem wsta艂a i posz艂a do 艂azienki. Zobaczy艂a siebie le偶膮c膮 na plecach w 艂贸偶ku z jedn膮 tabletk膮 w d艂oni. Pomy艣la艂a o kobiecie z pustym domem. Wzi臋艂a pigu艂k臋 i zasn臋艂a. Potem poczu艂a, jak wielki ci臋偶ar opuszcza jej cia艂o, tak jak wtedy, gdy by艂a na bezludnej wyspie. My艣la艂a, 偶e to sen.

Wsta艂a i otworzy艂a przesuwane drzwi na taras. Zobaczy艂a sw贸j taras po艂o偶y艂a si臋 na trawie pod wielk膮 jab艂oni膮. By艂o zupe艂nie ciemno. Zasn臋艂a. Po kilku godzinach

otworzy艂a oczy i spojrza艂a na 艣pi膮ce postacie s膮siada i psa. U艣miechn臋艂a si臋; wiedzia艂a, 偶e oboje 艣pi膮. Patrzy艂a spod oka psa. Widzia艂a m臋偶czyzn臋 zbli偶aj膮cego si臋 do psa, ale nie zachowywa艂 si臋 wobec niego agresywnie. Podszed艂 do kobiety, ale nie poszed艂 do jej domu. Poszed艂 na drug膮 stron臋 ulicy. Przeszed艂 przez du偶y kawa艂ek trawnika. Zatrzyma艂 si臋 na 艣rodku drogi. M臋偶czyzna spojrza艂 na ciemne, powa偶ne twarze czterech os贸b. Min膮艂 艣pi膮c膮 par臋 i ha艂a艣liwe dzieci. Widzia艂 zachodz膮ce s艂o艅ce, i ba艂 si臋, 偶e upadnie i pozostawi 艣wiat cichym. Pochyli艂 si臋 przez ogrodzenie i natychmiast poczu艂 straszne, gro藕ne uczucie, jakby niewidzialna r臋ka powstrzymywa艂a go przed dotarciem do bramy. By艂 przestraszony. Zatrzyma艂 si臋 i ba艂 si臋 tej r臋ki. Ba艂 si臋 艣wiata, ba艂 si臋 siebie, ba艂 si臋 siebie. W miar臋 zachodzenia s艂o艅ca dzie艅 robi艂 si臋 coraz kr贸tszy. Kiedy 艣wiat艂o s艂ab艂o, czu艂 potrzeb臋 dalszej pomocy, pomocy sk膮d艣. A potem pomy艣la艂, 偶e czas ju偶 i艣膰 i wsta艂.

Otworzy艂 bram臋. Natychmiast uderzy艂 go zapach z zewn膮trz – od ps贸w, z ogrodu, z brukowanej drogi, trawy i ro艣lin. Ostatni 艣lad s艂o艅ca rzuca艂 mi臋kk膮, srebrn膮 po艣wiat臋 na szczytowe dachy dom贸w. By艂 inny, ale by艂 te偶 taki sam, jak bry艂a ziemi, pastylka talku, kamie艅, kawa艂ek metalu. Id膮c w kierunku domu, pomy艣la艂,

8

偶e chce jej co艣 powiedzie膰, ale nie wiedzia艂 co. Zacz膮艂 dr偶e膰 i mia艂 wra偶enie, 偶e zaraz zemdleje. Obejrza艂 si臋 i zobaczy艂, 偶e 艣pi. Ba艂 si臋, 偶e zrobi to samo. Zamierza艂a zasn膮膰. Wiedzia艂, 偶e zesz艂ej nocy nie spa艂a wystarczaj膮co d艂ugo. Gdyby to zrobi艂a, obudzi艂aby si臋 i ba艂a si臋. Opar艂 si臋 wi臋c o 艣cian臋 i zacz膮艂 p艂aka膰. By艂 z艂y na siebie za p艂acz. By艂 tak zdenerwowany i nie mia艂 si艂y, by i艣膰 dalej. Rozmy艣la艂 nad swoim post臋powaniem czu艂 si臋 niczym strach na wr贸ble. Ba艂 si臋 tego uczucia: 偶e si臋 boi i b臋dzie p艂aka艂 wiecznie. Potem poczu艂 zapach domu, zapach prze艣cierade艂, zapach prze艣cierade艂. Nagle pomy艣la艂, 偶e si臋 boi, ale boi si臋 czego艣, 偶e jego strach si臋 zwielokrotni艂 i sta艂 si臋 prawdziwym zagro偶eniem. Wyj膮艂 zw贸j banknot贸w i poda艂 go ma艂emu ch艂opcu. Ch艂opiec zachichota艂, po艂o偶y艂 pieni膮dze na ziemi i odszed艂. Poczu艂 nag艂y przyp艂yw si艂y i nadepn膮艂 na nie. Zrobi艂 kilka krok贸w, ale z trudem, i nagle wybuchn膮艂 p艂aczem. Czerwone krople zatrzyma艂y si臋 na poboczu drogi i potoczy艂y si臋 pod p艂ot. Sta艂 zaskoczony, a偶 przestraszony pies zacz膮艂 szczeka膰. P贸藕niej pies siedzia艂 spokojnie na skraju p艂otu i nie szczeka艂. M臋偶czyzna wr贸ci艂 do domu i stan膮艂 w drzwiach, zanim poszed艂 do kuchni. Zobaczy艂 psa stoj膮cego nieruchomo. Zacz膮艂 szlocha膰 mocniej. Zawaha艂 si臋 przez chwil臋. Wydawa艂o mu si臋, 偶e 艣pi lub jest martwa, jak kawa艂ek drewna. Chcia艂 j膮 z艂apa膰, pocieszy膰, obudzi膰, ale ba艂 si臋, 偶e zrobi to samo, czego si臋 ba艂. Chcia艂 j膮 z艂apa膰, ale ba艂 si臋 tego cia艂a, ba艂 si臋, co zrobi. Dr偶膮c膮 r臋k膮 podszed艂 do miejsca, w kt贸rym le偶a艂a i podni贸s艂 j膮. Sapn膮艂: 鈥濸rzepraszam鈥. Nie obudzi艂a si臋. M臋偶czyzna wr贸ci艂 do domu i stan膮艂 w drzwiach, zanim poszed艂 do kuchni. Zobaczy艂 psa stoj膮cego nieruchomo. Zacz膮艂 szlocha膰 mocniej. Zawaha艂 si臋 przez chwil臋. Wydawa艂o mu si臋, 偶e 艣pi lub nie 偶yje, jak kawa艂ek drewna. Chcia艂 j膮 z艂apa膰, pocieszy膰, obudzi膰, ale ba艂 si臋, 偶e zrobi to samo, czego si臋 ba艂. Chcia艂 j膮 z艂apa膰, ale ba艂 si臋 tego cia艂a, ba艂 si臋, co zrobi.

Wr贸ci艂 do sypialni i usiad艂 na skraju 艂贸偶ka. Spojrza艂 na kobiet臋, ale ona go nie widzia艂a. Spojrza艂 na ni膮, na jej czerwone oczy, trzymaj膮c jej cia艂o jak kawa艂ek drewna. Wzi膮艂 j膮 za r臋k臋 i po艂o偶y艂 na swoim sercu. Wyczu艂 zapach jej w艂os贸w. Dotkn膮艂 jej policzka. U艣miechn臋艂a si臋, ale potem zamkn臋艂a oczy. Oddycha艂a

9

powoli, cicho. Poczu艂 ucisk w 偶o艂膮dku. Wsta艂 i przygotowa艂 si臋 do wyj艣cia. Zabra艂 jej szczoteczk臋 do z臋b贸w z 艂azienki i kilka rzeczy osobistego u偶ytku. Zszed艂 do stoj膮cych nieopodal ludzi. Powiedzia艂 im, 偶e wyje偶d偶a. Spojrzeli na niego ze zdziwieniem. Zszed艂 na d贸艂 do samochody. Zatrzyma艂 si臋 w sklepie spo偶ywczym i wzi膮艂 bu艂k臋. Otworzy艂 puszk臋 piwa i umy艂 r臋ce. Siedzia艂 w samochodzie i my艣la艂 o niej. Wr贸ci艂 do domu i spotka艂 si臋 z 偶on膮. Opowiedzia艂 jej wszystko, co si臋 wydarzy艂o. Powiedzia艂a, 偶e nie jest zdziwiona. Ona te偶 si臋 ba艂a. Nie zauwa偶y艂a w nim nic niezwyk艂ego. Mia艂a w艂asne problemy. Pomy艣la艂a, 偶e to dziwne, 偶e nie przypomina tej kobiety.

Poszed艂 do pracy. Zarzuci艂 plecak na rami臋. Ba艂 si臋, 偶e ju偶 si臋 nie b臋dzie ba艂.

Na ulicy znalaz艂 torebk臋 zmar艂ej kobiety. Znalaz艂 pieni膮dze w 艣rodku. Poszed艂 do domu. Usiad艂 na skraju 艂贸偶ka. Nie m贸g艂 spa膰. Poczu艂 na sk贸rze plamy strachu. Na jego w艂osach by艂 r贸偶owy py艂. Zapali艂 艣wiat艂o w pokoju. Zobaczy艂 cia艂o kobiety. Zamkn膮艂 oczy. Czu艂 jej sk贸r臋 opuszkami palc贸w. Czu艂 jej puls. Poczu艂 jej ciep艂o. Czu艂 jej mi臋kko艣膰. Czu艂, co jej zrobi艂. By艂 zniesmaczony, zawstydzony, wstydzi艂 si臋 siebie. Patrzy艂 na ni膮 przez d艂ugi czas, zmro偶ony. Zn贸w poczu艂 jej ciep艂o, poniewa偶 jej cia艂o by艂o tylko przed艂u偶eniem ognia, kt贸ry by艂 w nim. Ba艂 si臋 tego. Zostawi艂 cia艂o i poszed艂 do 艂azienki. Umy艂 si臋 wod膮 i myd艂em, wyszorowa艂 cia艂o, obejrza艂 je w lustrze i, B贸g tylko wie, dlaczego, czu艂, 偶e sta艂 si臋 mi臋kki i delikatny jak lalka, jak lalka. Czu艂 si臋 sfrustrowany i rozczarowany. Jego praca zosta艂a zako艅czona. Ubra艂 si臋, a potem poszed艂 do 偶ony. Siedzia艂a przy stole i szy艂a. Nie spojrza艂a na niego, bo by艂a zaj臋ta prac膮. Wyci臋艂a dwie dziury w jakiej艣 karcie. Spojrza艂 na ni膮. Ona by艂a inna. A on by艂 przestraszony. Czu艂 si臋 pusty, jakby sta艂 si臋 dzbanem bez wody. Podszed艂 do swojego biurka i usiad艂. Mia艂 wra偶enie, 偶e porusza si臋 w przestrzeni, 偶e co艣 go trzyma na zewn膮trz. Nie wiedzia艂 jeszcze, co to by艂o. Pomy艣la艂 o kobiecie: by艂a 艂adna, pachnia艂a kwiatami. Mia艂a d艂ug膮, pe艂n膮 sp贸dnic臋, kt贸ra si臋ga艂a jej do st贸p, i mia艂a szeroki pasek wok贸艂 swojej bluzki w czerwono-bia艂e paski, kt贸ra ods艂ania艂a jej mocne, dobrze zarysowane ramiona. Si臋gn膮艂 w g艂膮b swojej pami臋ci i odnalaz艂 kilka chwil ze swojej m艂odo艣ci: ich

10

pierwszy poca艂unek i Wiede艅, w kt贸rym przebywa艂 z matk膮. Przypomnia艂 sobie kilka szczeg贸艂贸w. By艂 zaskoczony mi臋kko艣ci膮 jej ud, 艂agodn膮 krzywizn膮 jej bioder i piersi. Jego r臋ce pow臋drowa艂y do jej talii i w d贸艂 jej brzucha. Pachnia艂a 艣wie偶o 艣ci臋t膮 traw膮, mi臋t膮 i ja艣minem. Nie pami臋ta艂, czy kiedykolwiek si臋 ca艂owali. Czu艂, jak si臋 porusza, ale nie ustami, nie j臋zykiem. Jego r臋ce pow臋drowa艂y do klamry paska i pod koszul臋, gdzie mia艂a bro艅. Zacisn膮艂 powieki, ale one odm贸wi艂y zamkni臋cia. Czu艂 jej ruch, ale nie wiedzia艂 dlaczego. Odwr贸ci艂 si臋 na plecy, ale zatrzyma艂 si臋 na chwil臋, czuj膮c, jak porusza si臋 przy nim, jakby by艂 podejrzan膮 pigu艂k膮. Czu艂, 偶e ona le偶y na nim i 偶e s膮 w pozycji poddania si臋, ale nie mi艂o艣ci. Czy tak w艂a艣nie czu艂a mi艂o艣膰? Czy to takie proste? Chcia艂 j膮 zapyta膰, ale ba艂 si臋, wi臋c milcza艂. Jego r臋ce pow臋drowa艂y pod ni膮, do jej brzucha i bioder. Poczu艂, jak podnosi si臋 i rytmicznie porusza biodrami. Odetchn膮艂 i otworzy艂 oczy, by zobaczy膰 swoj膮 偶on臋 艣pi膮c膮 w drugim 艂贸偶ku. Poszed艂 do 艂azienki i umy艂 z臋by, po czym wr贸ci艂 do 艂贸偶ka. Zasn膮艂 bez namys艂u. To by艂o jak upadek z urwiska. Mia艂 przyt艂aczaj膮ce uczucie ulgi. Czu艂 si臋 o偶ywiony. Spa艂 jak ska艂a. Otworzy艂 oczy. 艢wiat znikn膮艂. 艢wiat zn贸w nabra艂 sensu. Usiad艂 w stary spos贸b 鈥 na zwini臋tym kocu. Spojrza艂 na swoj膮 偶on臋. Oddycha艂a. Spojrza艂 na swoj膮 prac臋, ale wszystko by艂o pokryte ple艣ni膮. Podszed艂 do okna i zobaczy艂 艣wit, kt贸ry nadchodzi艂 znik膮d, o艣lepiaj膮co. Dochodzi艂 ze wszystkich stron i by艂 tak silny, 偶e czu艂, jakby chcia艂 wszystko zniszczy膰. W艂膮czy艂 radio i poczu艂 ka偶de s艂owo, kt贸re z niego wysz艂o. Nie obchodzi艂y go wiadomo艣ci, nie obchodzi艂o go nic. Czu艂 si臋, jakby k艂ad艂 si臋 spa膰. Wsta艂 i zacz膮艂 i艣膰 do okna. Powoli u艣wiadomi艂 sobie, co my艣li. Odwr贸ci艂 si臋 napi臋cie i wr贸ci艂 do 艂贸偶ka. Zasn膮艂 bez namys艂u. To by艂o jak upadek z urwiska. Mia艂 przyt艂aczaj膮ce uczucie ulgi. Czu艂 si臋 o偶ywiony.

Wej艣cie na taras zaj臋艂o ca艂y dzie艅, poniewa偶 g贸ra by艂a tak wysoka. Ksi膮dz nie m贸g艂 nawet rzuci膰 kamieniem.

– Nie mog臋 nawet powstrzyma膰 stru偶ki – powiedzia艂a niespokojnie m艂oda dziewczyna i rozejrza艂a si臋 bezradnie. Kap艂an zastanawia艂 si臋, czy powinien teraz

11

wr贸ci膰. Mia艂 przyt艂aczaj膮ce uczucie ulgi, poczu艂 to po powodzi, a teraz to samo dzia艂o si臋 z nim. Nie rozumia艂 i nie chcia艂 rozumie膰. Szed艂 dalej, czuj膮c wielk膮 ulg臋.

Usiedli na trawie przy drodze i spojrzeli na dolin臋. Ma艂y, pi臋kny ko艣ci贸艂ek by艂 schowany za niskimi wzg贸rzami, wi臋c nie wiedzia艂, co powiedzie膰.

– Czy chcia艂by艣 teraz wr贸ci膰? – zapyta艂a dziewczyna.

– Po co? – odpar艂 ksi膮dz. – A ja jestem zm臋czona.

U艣wiadomi艂 sobie, 偶e sk艂ada t臋 dziewczyn臋 na ofiar臋. I nawet nie by艂 tego 艣wiadomy.

Wr贸cili drog膮, a m艂oda dziewczyna usiad艂a obok niego. Obj臋艂a go ramieniem i siedzieli w milczeniu.

鈥濲este艣 moj膮 ofiar膮鈥 – powiedzia艂a.

Kap艂an poczu艂 jej mi臋kkie, ciep艂e, wilgotne w艂osy na swoim policzku.

– Lepiej tu siedzie膰 i czeka膰 na 艣mier膰, ni偶 wraca膰 teraz i zostawia膰 kogo艣 na 艣mier膰.

Nast臋pnego dnia udali si臋 do klasztoru, gdzie dwaj pozostali bracia ju偶 na niego czekali. Kap艂anowi trudno by艂o uwierzy膰 w to, co tam zobaczy艂. Ogarn臋艂o go oburzenie, ale uspokoi艂 si臋, gdy tylko zda艂 sobie spraw臋, 偶e siedzi przed swoim

przyjacielem. Ksi膮dz pokaza艂 przyjacielowi du偶y, pusty pok贸j, kt贸ry zn贸w by艂 przygotowywany dla dziecka. Pokazano mu, jak r臋cznie zrobi膰 guzik, jak mleko matki jest odcedzane, a nast臋pnie rozlewane do kubk贸w i co zrobi膰 z jeszcze ciep艂ym mlekiem. Widzia艂 dziwne rzeczy, ale nic, co mog艂oby go zszokowa膰 lub mu przeszkodzi膰. Pokazano mu, jak przywi膮za膰 j膮 do sufitu, jak zrobi膰 dla niej poduszk臋 i jak zrobi膰 jej 艂贸偶eczko. Zobaczy艂 inne dziecko, tym razem dziewczynk臋, kt贸ra ju偶 milcza艂a i straci艂a ju偶 mleko matki. Przywi膮zali jej r臋ce i stopy do sufitu. Zobaczy艂 trzecie, kt贸re wkr贸tce nie b臋dzie w stanie utrzyma膰 swoich ma艂ych n贸偶ek.

W ko艅cu pokazano mu, jak leczy膰 osp臋 i patrzy艂, jak gotuj膮 mleko i dodaj膮 do niego zio艂a. Widzia艂, 偶e lekarstwem na osp臋 by艂o owini臋cie cia艂a prymitywnym

12

ca艂unem, dlatego cia艂a wszystkich trojga dzieci by艂y tak doskonale zachowane. Ale p贸藕niej, kiedy rozmawiali o swoim strasznym z艂u, doszed艂 do siebie i zrozumia艂, 偶e to dlatego, 偶e zna艂 wszystkie trzy. Rozmawia艂 z nimi, dzia艂aj膮c jak zast臋pczy ojciec dla nich obojga i dlatego nie przeszkadza艂o im to.

Wr贸ci艂 do drugiego pokoju i zasta艂 m艂od膮 dziewczyn臋 艣pi膮c膮 na pod艂odze przy umywalce. Pachnia艂a gor膮c膮 wod膮, wi臋c ostro偶nie wytar艂 jej cia艂o wilgotn膮 szmatk膮 i po艂o偶y艂 si臋 obok niej. Prawdopodobnie zasn臋艂aby bez niego, ale nawet teraz, kiedy my艣la艂, s艂ysza艂 jej oddech. Zmienia艂a si臋, stawa艂a si臋 silniejsza. Tutaj by艂a chuda, drobna, o bladej, chorowitej cerze. Kiedy oddycha艂a coraz ci臋偶ej, sk贸ra na jej twarzy, policzkach i szyi wydawa艂a si臋 艣wieci膰 – pokryta g臋si膮 sk贸rk膮. Jednak po pewnym czasie blask wyblak艂, a sk贸ra wr贸ci艂a do normy. Piersi dziewczynki nabrzmia艂y i zacz臋艂a krwawi膰. Wydawa艂o si臋 ksi臋dzu, 偶e p艂acze. Wsta艂 i poszed艂 do pobliskiego ogrodu, gdzie zobaczy艂 mniszk臋, kt贸ra rodzi艂a. Spotka艂 j膮 w drzwiach i spojrza艂 jej prosto w oczy. W膮cha艂a powietrze i zacz臋艂a p艂aka膰. Ledwo s艂yszalnym g艂osem poprosi艂a o wino. Ksi膮dz poszed艂 z ni膮 do krzaka i wzi膮wszy ma艂膮 butelk臋 wina, usiedli z ni膮. Min臋艂o kilka dni, zanim gor膮czka ca艂kowicie j膮 opu艣ci艂a, a jej sk贸ra zacz臋艂a si臋 goi膰. Z dnia na dzie艅 stawa艂a si臋 coraz silniejsza, a ksi膮dz by艂 w absolutnej rozpaczy, poniewa偶 by艂 pewien, 偶e najlepszym sposobem na uratowanie dziewczynki jest postawienie si臋 mi臋dzy ni膮 a 艣mierci膮. Zabra艂 j膮 do klasztoru i kaza艂 jej przynosi膰 kosz owoc贸w w nocy. Trzyma艂 go w swoim pokoju i ka偶dego dnia pozwala艂 sobie na wzmocnienie w 艣rodku, a potem, kiedy dziewczyna by艂a w swoim koszyku, m贸wi艂 do niej z dzieckiem w ramionach. Powiedzia艂 jej, 偶e w ten spos贸b zajdzie w ci膮偶臋 i urodzi dziecko, kt贸re j膮 uratuje. Dziewczyna by艂a zdruzgotana t膮 wiadomo艣ci膮, ale kap艂an uzna艂 to za prawd臋, a przecie偶 od tego zale偶a艂a przysz艂o艣膰 艣wiata. Zakonnica w modlitwie pewnego ranka od艂o偶y艂a kosz i sk膮d艣 wzi臋艂a n贸偶. Wyj臋艂a dziecko z koszyka, niemowl臋, z kt贸rego ksi膮dz prawie zrezygnowa艂. Zakonnica przez ca艂膮 noc kl臋cza艂a nad chorym dzieckiem, gdy偶 kap艂an trz臋s膮c si臋 ze z艂o艣ci nie opuszcza艂 swojego pokoju. Kiedy nadszed艂 ranek,

13

jej krwawi膮cy brzuch wci膮偶 by艂 przykryty prze艣cierad艂em. Zakonnica, zupe艂nie naga, sta艂a tam w bia艂ym blasku porannego s艂o艅ca i p艂aka艂a. Kiedy zakonnica zobaczy艂a kosz z owocami, ukl臋k艂a i zacz臋艂a p艂aka膰. Dziecko by艂o tak pulchne, 偶e wyla艂o si臋 na bose stopy drugiej zakonnicy. Zakonnica wybieg艂a z dzieckiem na zewn膮trz i d艂ugo jej nie by艂o. Kiedy wr贸ci艂a, kap艂an ju偶 na ni膮 czeka艂 z koszem owoc贸w. – Tutaj 鈥 powiedzia艂. Zakonnica w modlitwie pewnego ranka od艂o偶y艂a kosz i sk膮d艣 wzi臋艂a n贸偶. Wyj臋艂a dziecko z koszyka. Kiedy nadszed艂 ranek, jej krwawi膮cy brzuch wci膮偶 by艂 przykryty prze艣cierad艂em. Zakonnica, zupe艂nie naga, sta艂a tam w bia艂ym blasku porannego s艂o艅ca i p艂aka艂a. Kiedy zakonnica zobaczy艂a kosz z owocami, ukl臋k艂a i zacz臋艂a p艂aka膰. 鈥濷to, co B贸g zamierzy艂 dla ciebie – aby艣 mia艂 ten owoc w swoim koszyku i aby艣 urodzi艂 dziecko, kt贸re zbawi 艣wiat鈥. Nast臋pnie kap艂an wzi膮艂 koszyk od zakonnicy i nape艂ni艂 go owocami. Odt膮d zakonnica uros艂a i sta艂a si臋 pi臋kn膮 kobiet膮 z pe艂nym brzuchem.

Zakonnica zmar艂a, poniewa偶 ksi膮dz nie by艂 pewny przysz艂o艣ci. Dlatego i on umar艂.

CZAS GRZEGORZA

Grzegorz jest dum膮 osady. Ugoda wybiera go na przyw贸dc臋, a on zawsze stara si臋 sprosta膰 w艂asnym oczekiwaniom. Gregory siedzi w gabinecie burmistrza, za biurkiem, w kt贸rym starannie u艂o偶one s膮 tr贸jno偶ne we艂niane kapelusze. Pisze na kartce papieru ostr膮 ko艅c贸wk膮. Burmistrz czyta gazet臋, a Gregory popija piwo ze szklanki. Spogl膮da w g贸r臋 i widzi niebo i my艣li, 偶e wygl膮da jak bogaty kupiec odbywaj膮cy d艂ug膮 podr贸偶 morsk膮. To dlatego statek p艂ynie tak szybko.

Ale potem my艣li, 偶e to troch臋 przypomina morze. To morze rt臋ci i zawsze rzuca pirat贸w, burze, burze i burze. Im wi臋cej o tym my艣li, tym bardziej zgadza si臋 z burmistrzem. Statek p艂ynie bardzo szybko, jak statek handlowy, ale na pok艂adzie jest tak wielu ludzi, 偶e kapitan nie mo偶e nad膮偶y膰. Statek zawsze p艂ynie przed terminem, na co nie ma oczywistego wyt艂umaczenia. Kapitan jest porz膮dnym

14

i spokojnym cz艂owiekiem o imieniu Caspar, ale jest zbyt zaj臋ty, by cokolwiek wyja艣nia膰 Grzegorzowi. Caspar jest troch臋 dziwny, ma przerzedzon膮 lini臋 w艂os贸w i przewa偶nie 艂ys膮 g艂ow臋. Nosi d艂ugi czarny p艂aszcz na podkoszulek, a tak偶e gumowe buty. Kiedy Gregory do niego m贸wi, Caspar patrzy na niego r贸wnie wyrachowanym wzrokiem, jakby chcia艂 powiedzie膰: mnie to nie interesuje.

Osada wybra艂a Grzegorza na kierownika prac budowlanych, a on sam odpowiada za organizacj臋 warsztat贸w. Na przyk艂ad jest odpowiedzialny za stolarzy, kt贸rzy s膮 zatrudniani przez cie艣li. Przecinaj膮 g艂臋boki w膮w贸z oraz za du偶e belki na most. Poci臋li drewno we dw贸ch, u偶ywaj膮c sa艅 ci膮gni臋tych przez psy. Psy ci膮gn膮 sanie za uszy. Sanie pachn膮 psim pi偶mem. Praca trwa ca艂y dzie艅, a psy s膮 dobrze karmione i otrzymuj膮 wod臋. Psy ci膮gn膮 sanie w szybkim tempie. Podsumowuj膮c, psy skracaj膮 czas pracy do minimum. Grzegorz d艂ugo si臋 zastanawia艂: jeden pies to dwie godziny pracy.

Z drugiej strony drwale s膮 robotnikami wykwalifikowanymi, podobnie jak stolarze, dekarze i malarze, kt贸rzy s膮 wykwalifikowani, co oznacza, 偶e musieli by膰 zatrudnieni wcze艣niej przez osad臋.

Gregory sporadycznie spotyka si臋 z lud藕mi, kt贸rzy ju偶 pracuj膮 na mo艣cie. Daj膮 mu prezenty, a on prawdopodobnie nie rozumie nic z tego, co robi i kiedy. Nie wie nawet, jak policzy膰 przedmioty, ich warto艣膰, wi臋c musi kalkulowa膰 w my艣lach, bo inaczej dochodzi do 艣lepego zau艂ka i przerywa swoj膮 dzia艂alno艣膰. Jest kilku nowych rzemie艣lnik贸w, kt贸rzy osiedlili si臋 w lesie, ale wi臋kszo艣膰 to Turcy – pochodz膮 z republik tureckich i przyje偶d偶aj膮 handlowa膰. Kupuj膮 tu drewno, a stamt膮d kupuj膮 ubrania i buty we W艂oszech i na Zachodzie, a do domu przywo偶膮 troch臋 z艂ota. Wygl膮daj膮 jak kupcy, ale w og贸le nie s膮 zainteresowani handlem. Maj膮 pewn膮 bezradno艣膰, kt贸r膮 uwa偶a za czaruj膮c膮; podoba im si臋 pomys艂 przeniesienia si臋 w miejsce daleko st膮d, w g贸ry, aby znale藕膰 w艂asn膮 drog臋, 艣mia膰 si臋 i bawi膰, pi膰 i le偶e膰 bez strachu przed 艣mierci膮. Ale jest to przejaw g艂upoty, bo gdyby opu艣cili to miejsce, byliby martwi, ze艣lizgn臋liby si臋 w g艂膮b

15

ziemi, pozbawieni nadziei. Niestety s膮 ignorantami, a wiedza, kt贸r膮 posiadaj膮, jest cz臋sto nieaktualna. Rzemie艣lnicy tureccy rzadko zapuszczali si臋 dalej ni偶 trzy kilometry od domu. Teraz jednak buduj膮 most nad w膮wozem i b臋d膮 spa膰 w wynaj臋tych wagonach.

Ale dla Grzegorza wszystko jest inne. Sta艂 si臋 w臋drownym kap艂anem, w臋drownym pustelnikiem. Zmieni艂 nazwisko na swoich dokumentach i tak 偶yje w ci膮g艂ym niepokoju, w stanie niepokoju. Kiedy wychodzi z miasta, boi si臋, 偶e kto艣 go rozpozna, a poza tym nie jest zwyk艂ym Grzegorzem – jest pustelnikiem Grzegorzem, kt贸ry jest tak偶e w臋drownym kap艂anem. I boi si臋 ludzi. Ma ma艂y, ukryty dom, w kt贸rym traktuje swoje cia艂o z niemal mistycznym szacunkiem i szuka jakiej艣 formy komunii z nim, jakiej艣 mistycznej wi臋zi, zwi膮zku, kt贸ry pozbawi艂by sensu jego 偶ycia i 艣mierci.

Teraz boi si臋 testu. Mieszka艂 wygodnie w mie艣cie i nie przejmuje si臋 wynikiem egzaminu. Gdyby mu si臋 nie uda艂o, nie mia艂by powodu do narzekania. M贸g艂 po prostu p贸j艣膰 gdziekolwiek i by艂by pewien, 偶e znajdzie odpowiednie miejsce na osiedlenie si臋. Ale 偶eby zda膰, potrzebuje pomocy. Sam poradzi艂by sobie dobrze, ale z pomoc膮 pewnego pana Paw艂a, kupca i niejakiego Heinera, stolarza, przygotowuje si臋 do testu. Uczy si臋 sztuki magii. Obaj panowie s膮 bardzo zainteresowani tematem, chocia偶 sami nie maj膮 w nim takiego do艣wiadczenia. Ca艂e popo艂udnia sp臋dzaj膮 w ma艂ej ksi臋garni Heine, ogl膮daj膮c ilustracje i kopiuj膮c magiczne formu艂y. S膮 bardzo ciekawi procesu tworzenia obrazu, s膮 te偶 byli ciekawi stworzenia ma艣ci do tego celu, kiedy byli u Heinego w Rimau. Ciekawi ich tak偶e tak zwany kamie艅 lucyfera. Wydaje si臋, 偶e w samym 艣rodku ziemi znajduje si臋 ten kamie艅, kt贸ry wszystko zamienia w ogie艅. Musisz mie膰 w sobie ogie艅, 偶eby wzi膮膰 ten kamie艅. A co zrobisz, je艣li nie masz ognia?

Pan Pavel wzrusza ramionami.

– Jak wykonujesz magi臋? – Pyta.

– Magia to sztuka oszukiwania znakami i ruchami. A znaki i ruchy mog膮 zwie艣膰? – pyta zaciekawiony.

16

– W pewnym sensie tak.

Dmucha w butelk臋 i unosi si臋 zapach alkoholu.

– Sztuka oszukiwania znakami i ruchami – powtarza ze zdumieniem.

– Wszystko dzieje si臋 z jakiego艣 powodu.

– I jeszcze jeden – m贸wi Heine i podaje mu ma艂膮 ksi膮偶eczk臋.

Patrzy na zdj臋cie i czyta szeptem: znaczenie tego wersetu jest takie, 偶e jest to 偶yczenie dobrego zdrowia i d艂ugiego 偶ycia.

Heine odchodzi. M艂ody cz艂owiek wstaje i podchodzi do okna, wygl膮da na ulic臋 i chwil臋 si臋 zastanawia. Prawie zn贸w si臋ga po ksi膮偶k臋, ale potem si臋 waha. Ma do艣膰 magii, po prostu do艣膰. Wola艂by przeczyta膰 dobr膮 ksi膮偶k臋.

O obietnicy

Weso艂y nowy rok we Lwowie – 艣nieg, wiatr, zapach wilgoci przyprawi艂 go o md艂o艣ci, koniec grudnia to najgorszy czas. Z wielkim wysi艂kiem uda艂o mu si臋 wyj艣膰 na tarasy i sfotografowa膰 aparatem cyfrowym ostatnie opady 艣niegu. 艢ledzi艂 艣lady samochod贸w, 艣lady m臋skich but贸w, 艣lady ps贸w. Zrobi艂 zbi贸r tych ma艂ych obrazk贸w, kt贸re pokaza艂 swoim przyjacio艂om. Wys艂a艂 je do swojej rodziny i znajomych. Uwielbia te zdj臋cia, przypominaj膮 mu czasy przed 偶yciem i po 艣mierci. Wys艂a艂 je r贸wnie偶 do swojego brata, kt贸ry obecnie mieszka w Ameryce. Poprosi艂 te偶 o nie swoj膮 matk臋, ale prawdopodobnie nigdy nie wyjdzie z domu z powodu z艂ego ogrzewania.

O偶eni艂 si臋 po raz drugi. Jego obecna 偶ona jest m艂oda, 艂adna, czysta i zadbana, o drobnej, delikatnej buzi – jest z Polski, takie kobiety trudno znale藕膰. Widzia艂 tylko kilka, zanim opu艣cili sw贸j kraj dla lepszego 偶ycia. Jest najstarszym dzieckiem, poza dwiema siostrami i dwoma bra膰mi. Wiedzia艂, 偶e nie b臋dzie to 艂atwe, ale by艂 szcz臋艣liwy, 偶e znalaz艂 偶on臋, kt贸ra da mu dzieci, co stworzy zgrany zesp贸艂 i pomo偶e posprz膮ta膰 po nim.

17

Wyjecha艂a do Ameryki po uko艅czeniu college’u. Uczy艂a si臋 przez chwil臋, ale potem musia艂a pracowa膰. Mia艂a c贸rk臋, kt贸ra w momencie wyjazdu mia艂a cztery lata. Przez kilka lat mieszkali na Florydzie, po czym wr贸ci艂a do Polski, aby zaopiekowa膰 si臋 c贸rk膮. Du偶o pracowa艂a, zajmowa艂a si臋 domem i dba艂a o higien臋 c贸rki. Mia艂a okresy i nigdy nie by艂a pewna, kiedy b臋dzie mia艂a odwag臋 opowiedzie膰 mu o tym wszystkim. Nie jest tajemnic膮, powiedzia艂, widzia艂em to wszystko, odk膮d by艂em dzieckiem. Co zamierzasz zrobi膰? Mia艂 na my艣li, 偶e jej pokazuje. Ona p艂aka艂a. Cieszy艂a si臋, 偶e mo偶e p艂aka膰. Dop贸ki nie powiedzia艂 jej, kilka miesi臋cy przed jej wyjazdem do Ameryki, 偶e musi jej z艂o偶y膰 obietnic臋. Jak najszybciej – powiedzia艂 – musz臋 ci powiedzie膰 co艣 wa偶nego. My艣l臋, 偶e uznasz to za dziwne, ale musz臋 – pochyli艂 g艂ow臋 do przodu i zas艂oni艂 oczy. Kaszla艂. Musisz mi obieca膰, 偶e wyjdziesz za m膮偶 – powiedzia艂. Musisz mi obieca膰, 偶e wyjdziesz za m膮偶, obiecujesz?

I zrobi艂a. Musia艂a obieca膰 mu.

Nigdy nie zapomnia艂a tej obietnicy. Poprosi艂 j膮 o znak. Zdj臋艂a okulary i z rozmachem po艂o偶y艂a je na stole. Zobaczy艂 w okularach ma艂y znak z czarnym okr臋giem po艣rodku. Poprosi艂 j膮, 偶eby trzyma艂a go przed jego twarz膮, zrobi艂a to, a ten ur贸s艂 w okr膮g z ma艂ym krzy偶em po艣rodku. Spojrza艂a mu w oczy.

– Co to znaczy? Zapyta艂a.

– Co to znaczy? Zapyta艂 j膮.

Pokaza艂a mu krzy偶. By艂 to ma艂y krzy偶 z ma艂ym krzy偶em po艣rodku.

– Co to jest? Zapyta艂 j膮.

– Jezu Chryste … Musisz to g艂o艣no powiedzie膰. Skin臋艂a g艂ow膮 i pokaza艂a mu krzy偶.
– Jezus Chrystus.

To by艂o to.

Po偶egna艂 si臋 i razem p艂akali. Nigdy nie wysz艂a za m膮偶.

Obserwowa艂a go z okna. Odwi贸z艂 jej c贸rk臋 do szko艂y. Zabra艂a j膮 na zakupy. Zadba艂a o ni膮, dosta艂a dobr膮 prac臋. By艂a zdeterminowana, dlatego tak 艂atwo

18

mog艂a zaj艣膰 w ci膮偶臋. Nie ba艂a si臋. Chcia艂a mie膰 dzieci. Przygotowywa艂a si臋 te偶 do p贸j艣cia do lekarza. Sz艂a do ginekologa. A ona ju偶 si臋 pieprzy艂a. Nie potrafi艂 powiedzie膰, bo si臋 zakry艂a. Pieprzy艂a si臋 pi臋膰 razy dziennie. Spieszy艂a si臋, 偶eby mie膰 dziecko. Ju偶 jednego przelecia艂a. Czeka艂a tylko na nast臋pnego. Przygotowywa艂 si臋. Przygotowywa艂 si臋. Dlatego jecha艂 tak szybko. Nigdy nie przesta艂. Pomy艣la艂a, 偶e musi by膰 chory. Potem nast膮pi艂o op贸藕nienie. Uderzy艂a 艣nie偶yca. Jecha艂 przez ca艂y dzie艅. Pracowa艂a od rana do wieczora. Robi艂a zakupy. Zrobi艂a obiad. Pobieg艂a do 艂azienki. Pieprzy艂a si臋. Pieprzy艂a te偶 swojego m臋偶a pi臋膰 razy dziennie. Wr贸ci艂 do domu z pracy. By艂 zimny. Mia艂a ca艂y dzie艅. Jecha艂 nad jezioro. Pi艂 w贸dk臋. Czeka艂, a偶 zrobi obiad. Pracowa艂a od rana do wieczora. Robi艂a zakupy. Zrobi艂a obiad. Przygotowa艂a te艣ciow膮 na obiad. Pieprzy艂a si臋. Pieprzy艂a te偶 swojego m臋偶a pi臋膰 razy dziennie. Wr贸ci艂 do domu z pracy. By艂 zimny. Mia艂a ca艂y dzie艅.

Poczu艂a dreszcz wzd艂u偶 kr臋gos艂upa – najlepsza w贸dka na rozgrzanie jej krwi. M贸g艂by by膰 chory. To sprawia, 偶e czuje si臋 paranoicznie. U艣wiadomi艂a sobie, 偶e nie bra艂a prysznica od kilku dni. Zrobi艂a sobie dzbanek herbaty. Obserwowa艂a psy. Zastanawia艂a si臋, czy one te偶 by艂y chore.

W ko艅cu wr贸ci艂 do domu. Pachnia艂a tak samo. Otworzy艂 drzwi. Zosta艂 zaskoczony. Sta艂 w drzwiach i zajrza艂 do 艣rodka. By艂a zachwycona. Ale wstyd! Sta艂 w drzwiach i zajrza艂 do 艣rodka. Sta艂a w drzwiach, w bieli藕nie, z pluszowym misiem na kolanach.

Stali w kuchni zawstydzeni, 艣miej膮c si臋 nerwowo, a potem wsadzi艂 jej g艂ow臋 i zostali sami. Powiedzia艂, 偶e musi i艣膰, kaza艂 jej poczeka膰, wi臋c usiad艂a na kanapie i ogl膮da艂a telewizj臋.

– Wiesz, jakie to uczucie – zacz膮艂, ale przerwa艂a mu.

– Czemu? – zapyta艂a cicho.

鈥濸oniewa偶鈥, odpowiedzia艂, 鈥瀖usz臋 zrobi膰 pranie鈥.

– Wiem. Jeste艣 takim dzieckiem.

19

By艂 kochanym dzieckiem. Czu艂a si臋 winna, 偶e go nie rozumia艂a. Czu艂a si臋 winna, 偶e go nie rozumie. W og贸le go nie rozumia艂a. Czu艂a si臋 winna. Jaka szkoda. By艂 dzieckiem, dzieckiem, dzieckiem. Ca艂y czas p艂aka艂, jak dziecko. Ale by艂 ciekawy 艣wiata. Chcia艂 wiedzie膰, co si臋 dzieje. Chcia艂 trzyma膰 j膮 za r臋k臋. Chcia艂 by膰 przez ni膮 trzymany. On by艂 g艂odny. By艂 czysty. By艂 suchy.

W ich domu by艂o czysto. St贸艂 by艂 starannie nakryty, naczynia postawione, a zlew nape艂niony czyst膮 wod膮. Obok znajdowa艂a si臋 miska z czyst膮 wod膮. Wanna wygl膮da艂a na zupe艂nie now膮. Dom by艂 wystarczaj膮co du偶y, aby pomie艣ci膰 wszystkich. Nicki czu艂a, 偶e ona i jej c贸rka s膮 najwa偶niejszymi osobami

na 艣wiecie. Jej m膮偶 i jej dziecko le偶eli w domu, niczego nie zauwa偶aj膮c. Wr臋cz przeciwnie, 艂azienka wygl膮da艂a na nieprzydatn膮, poniewa偶 ca艂a woda musia艂a zosta膰 usuni臋ta, co najpierw zrobi艂a matka, potem c贸rka, i umyli r臋ce w zlewie, po czym jeden po drugim usiedli na brudnej pod艂odze i wci膮偶 trzymaj膮c r臋ce na ustach, musieli wyci膮ga膰 brudn膮 wod臋 z ich cia艂.

Odwiedzaj膮cy musia艂 co jaki艣 czas udawa膰 si臋 do szpitala, gdzie wykonywa艂 badanie, badanie fizykalne, bo dziewczynka mia艂a powi臋kszon膮 w膮trob臋. Wielko艣ci tysi膮ca winogron. Nast臋pnego dnia zostanie pobrana pr贸bka krwi, a kilka dni p贸藕niej pr贸bka moczu. Nast臋pnie USG – m艂odym kazano si臋 zrelaksowa膰 i cieszy膰 obrazami. USG zosta艂o przedstawione jako pi臋kny

i delikatny taniec. Sonogram przedstawia艂 cia艂o tak, jakby to by艂 wspania艂y obraz Picassa. Sonogram by艂 pr贸b膮 po艂膮czenia pi臋kna ludzkiej postaci z niesko艅czon膮 r贸偶norodno艣ci膮 przyrody. Sonogram mia艂 przybli偶y膰 cia艂o do Boga. To by艂a radosna wizja przysz艂o艣ci. Po tego typu badaniu dziewczynka zosta艂a wys艂ana do praktykuj膮cych, kt贸rzy ostro偶nie oddzielali pozosta艂y p艂yn z jej cia艂a w celu zast膮pienia go galaretk膮.

Dziecko by艂o pi臋kne. By艂a uczciwa, ale nie brzydka. Jej sk贸ra by艂a g艂adka, a jej d艂ugie, jasne w艂osy opada艂y mi臋kkimi falami na ramiona. Ubrana by艂a jak na bal – w obcis艂e bia艂e lniane spodnie z kokardk膮. Delikatna bia艂a bluzka z marszczonym dekoltem zdobi艂a jej okr膮g艂e piersi. Na g艂owie mia艂a prost膮 bia艂膮

20

chustk臋. By艂o oczywiste, 偶e w takim dziecku matka oceni艂a w艂asne pi臋kno. On mia艂 racj臋. Dziecko by艂o cudowne.

Ros艂o w 偶ywym i ciekawym tempie, a ona widzia艂a, jak zmienia艂o si臋 z dnia na dzie艅, z godziny na godzin臋. Widzia艂a, jak jego cia艂o wyrasta i przybiera posta膰 smuk艂ej sylwetki – tak pi臋knej, 偶e musia艂a wstrzymywa膰 oddech. Przed ka偶d膮 wizyt膮 mama odbywa艂a specjalny spacer do 艂azienki, aby umy膰 szamponem ka偶d膮 stop臋 swojej c贸rki. Najpierw zebra艂a w艂osy na nogach c贸rki i uformowa艂a je w mi臋kkie, ma艂e loki. Potem uczesa艂a w艂osy i zwin臋艂a je w warkocze. Jednocze艣nie stara艂a si臋 trzyma膰 c贸rki zamkni臋te oczy podczas k膮pieli. By艂a zdeterminowana, aby uczyni膰 je jak najwi臋kszymi. Bardzo kocha艂a swoj膮 c贸rk臋 i wierzy艂a, 偶e jej pragnienie, aby by艂a pi臋kna, w ko艅cu si臋 op艂aci.

A偶 w ko艅cu jej c贸rka sta艂a si臋 kobiet膮, zmieni艂a si臋 fizycznie i psychicznie, ale w 偶aden spos贸b nie przypomina艂a swojej matki.

Przeczytaj pe艂n膮 transkrypcj臋

Pozosta艂e odcinki (5)

19.02.2021
Prowadz膮cy: Jaros艂aw Ku藕niar
Udost臋pnij
https://voicehouse.co/odcinki/monolog-iv-dobro/
KopiujSkopiowano
24.12.2020
Prowadz膮cy: Jaros艂aw Ku藕niar
Udost臋pnij
https://voicehouse.co/odcinki/jak-uczynic-z-maszyny-artyste-piotr-psyllos/
KopiujSkopiowano
24.12.2020
Prowadz膮cy: Jaros艂aw Ku藕niar
Udost臋pnij
https://voicehouse.co/odcinki/szczescie/
KopiujSkopiowano
24.12.2020
Prowadz膮cy: Jaros艂aw Ku藕niar
Udost臋pnij
https://voicehouse.co/odcinki/milosc/
KopiujSkopiowano
24.12.2020
Prowadz膮cy: Jaros艂aw Ku藕niar
Udost臋pnij
https://voicehouse.co/odcinki/smierc/
KopiujSkopiowano
Do艂膮cz do Voice House Club

Twoje ulubione autorki i autorzy, kt贸rych znasz z naszych podcast贸w, przygotowuj膮 dla Ciebie specjalne serie odcink贸w. Dajemy wiedz臋, poszerzamy horyzonty, m膮drze bawimy i pomagamy si臋 rozwija膰 w przyst臋pny spos贸b.

Zamknij
U偶ywamy cookies, 偶eby indywidualnie odpowiada膰 na potrzeby s艂uchaczy. Zasady przechowywania i dost臋pu do plik贸w cookies mo偶esz zmieni膰 w ustawieniach swojej przegl膮darki.