Technologia

Monolog IV: Dobro

19.02.2021
Prowadz膮cy: Jaros艂aw Ku藕niar

Czy sztuczna inteligencja jest w stanie stworzy膰 utw贸r literacki na wz贸r tekst贸w noblistki? By si臋 przekona膰, 鈥瀗akarmili艣my鈥 sieci neuronowe powie艣ciami Olgi Tokarczuk.

Po nauce tych tekst贸w AI wygenerowa艂a w艂asne teksty – oto pierwszy z nich: 鈥濪obro鈥

Czytaj wi臋cej
Udost臋pnij
https://voicehouse.co/odcinki/monolog-iv-dobro/
KopiujSkopiowano

Prowadz膮cy

Jaros艂aw Ku藕niar
Ku藕niar Media

Multiinstrumentalista. W艂a艣ciciel Ku藕niar Media. Jego do艣wiadczenie radiowe, prasowe, sceniczne i telewizyjne, pomaga w 艣wiecie budowania marek osobistych. Wsp贸lnie z klientami rozwija ich wizje i nadaje kszta艂t. Buduje nowe platformy dla relacji z odbiorcami, szkoli i inspiruje.

Transkrypcja

Fragment powie艣ciwygenerowanejprzez sztuczn膮 inteligencj臋. Teksty do uczenia sieci neuronowej: 鈥濨ieguni鈥, 鈥濸rowad藕 sw贸j p艂ug przez ko艣ci umar艂ych鈥, 鈥濸rawiek i inne czasy鈥, 鈥濪om dzienny, dom nocny鈥, 鈥濳si臋gi Jakubowe鈥, 鈥濭ra na wielu b臋benkach鈥, 鈥濷powiadania bizarne鈥, 鈥濷statnie historie鈥, 鈥濸odr贸偶 ludzi Ksi臋gi鈥漁lgi Tukarczuk.

Dobra natura cz艂owieka jest nieprzeniknion膮 tarcz膮; je艣li chcesz mocno uderzy膰 cz艂owieka, zostanie uderzony i poczuje cios.

Po pogrzebie ojciec odwiedzi艂 mnie w mojej kwaterze w Rohatynie i z jego miny wywnioskowa艂em, 偶e zaczyna ju偶 dochodzi膰 do zdrowia, chocia偶 twarz mia艂 nadal blad膮. Zawo艂a艂 moj膮 matk臋 do siebie i po艂o偶y艂 d艂o艅 na jej g艂owie. Moja mama te偶 by艂a bia艂a i zamilk艂a, odwracaj膮c si臋 od m臋偶a. Patrzyli na siebie przez d艂ugi czas, a raczej tylko przy膰miony blask 艣wiec i migotliwe 艣wiat艂o 艣wiec sprawi艂o, 偶e ten d艂ugi moment by艂 rozpoznawalny. Abraham 艁ab臋cki ostatecznie przerwa艂 cisz臋:

– Widzieli艣cie pochwa艂臋 – powiedzia艂 艁ab臋cki, jakby recytowa艂 wersety. Zako艅czy艂 szczerym 偶yczeniem, 偶eby艣my mogli si臋 teraz dogada膰. Jego s艂owa by艂y jak muchy brz臋cz膮ce w s艂oiku. Nie s膮dz臋, 偶eby zrozumia艂, co si臋 dzisiaj tutaj sta艂o. Dlatego my艣l臋, 偶e nie chcia艂, 偶eby艣my cokolwiek wiedzieli. Nic po nim nie zosta艂o. A mo偶e pozby艂 si臋 wszystkiego, co po nim zosta艂o? Nie s膮dz臋, 偶eby chcia艂 nam przeszkadza膰; kaza艂 nam zachowa膰 to w tajemnicy. Powiedzia艂, 偶e taka jest wola Boga. I wszyscy my艣leli, 偶e to prawda. Ale teraz dowiadujemy si臋, 偶e od tego czasu zapanowa艂a ogromna pustka, zjednoczeni jeste艣my jak chleb. Zaci艣ni臋ta pi臋艣膰 odrzucona. Tak si臋 czu艂em.

Nast臋pnego dnia napisa艂em list do Buchbindera. Powiedzia艂em jej, 偶e wyje偶d偶am, ale nie wr贸c臋 do Lwowa, dop贸ki nie sko艅cz臋 pracy. Powiedzia艂em to i mia艂em to na my艣li. 呕a艂owa艂em nawet, 偶e si臋 poznali艣my, bo gdyby艣my si臋 nie spotkali, nigdy nie mieszka艂bym tutaj w Rohatynie, nigdy bym nie wstawa艂 o 艣wicie i nie podr贸偶owa艂 tymi nieko艅cz膮cymi si臋 powozami, a tego bukietu nigdy bym nie da艂 c贸rce tego ksi臋dza. Ale spotkali艣my si臋, stali艣my w drzwiach jej domu i wymienili艣my s艂owa. Btwazczania, jak j膮 nazwa艂em, cz臋sto niepotrzebnie si臋 o mnie martwi艂a i nie wiedzia艂em, 偶e istot膮 naszego spotkania by艂o to, 偶e nic nie m贸wili艣my. Poprosi艂em j膮, 偶eby spotka艂a si臋 ze mn膮 gdzie艣 w mie艣cie. Nie wyja艣ni艂em jej demona Rosz Pinah.

Nast臋pnego wieczoru wyszed艂em pieszo, tylko troch臋 pijany. Mia艂em w g艂owie dwa g艂贸wne cele: znale藕膰 miejsce na nocleg, a tak偶e zobaczy膰 Tuvia Paw艂owski. Niebo by艂o jak aksamit 鈥 ci臋偶kie, z niskimi, bardzo niskimi chmurami. By艂o strasznie zimno. Le偶a艂em w mokrym futrze, kt贸re niedawno zdj膮艂em w rzece, a poniewa偶 woda ju偶 porwa艂a jego s艂ono艣膰, a moja sk贸ra by艂a odr臋twia艂a od odmro偶e艅, 艣ni艂em teraz o wilgoci i lodzie. Siedzia艂em na s艂upku ogrodzenia, wpatruj膮c si臋 w ciemniej膮ce niebo; musia艂em znale藕膰 miejsce, 偶eby przeczeka膰 to przenikliwe zimno. Kilku przechodni贸w zatrzyma艂o si臋 i spojrza艂o na mnie. Nie wiedzia艂em ju偶, co ze sob膮 zrobi膰. Podnios艂em po艂amane fragmenty Biblii Tuwii i patrzy艂em na nie jakbym ogl膮da艂 fragmenty czego艣. Z uwag膮 s艂ucha艂em ich szelestu i stukotu. Da艂em Bibli臋 Tuvii dw贸m kobietom, kt贸rym niedawno pomog艂em pochowa膰 dzieci. Niech poznaj膮 tego Wishaw 呕yda.

Znalaz艂em miejsce przed jednym z kiosk贸w na chodniku i po raz pierwszy od tygodni – na tych dziwnych ulicach – us艂ysza艂em j臋k ko艅skich kopyt. Biedak musia艂 zamarzn膮膰 na 艣mier膰. Po艂o偶y艂em go na chodniku obok siebie, a potem zrobi艂o si臋 cicho, ale wiedzia艂em, 偶e tam jest, czu艂em jego cichy oddech. Poza tym zimno wp艂yn臋艂o te偶 na polskie s艂owa w mojej g艂owie i od rana do wieczora wraca艂y do mnie bezb艂臋dnie – trzy to cztery, czas p艂ynie.

Po kilku godzinach szare niebo poja艣nia艂o, 艣wiat sta艂 si臋 nieruchomy, a ja poczu艂em na twarzy gor膮c膮 i wilgotn膮 pieszczot臋 – uczucie dreszczy. Czu艂em si臋 kochany przez Boga, czu艂em si臋 kochany przez Jego Obecno艣膰.

O poczcie

Poczta, kt贸ra do ciebie przychodzi, jest ju偶 przed twoimi oczami, widzisz tylko drug膮 jej po艂ow臋. Naprawd臋 nie wiesz, o co chodzi, istnieje niewidzialna granica mi臋dzy tym, co jest w twojej g艂owie, a tym, co z niej wychodzi

Im p贸藕niej si臋 pojawia, tym coraz rzadziej go widzisz, tak 偶e od czasu do czasu nie wiesz, czy to list sk膮d艣, czy ju偶 go przeczyta艂e艣. Wy艣lizguje si臋 z twoich r膮k, ol艣niewa ci臋 i nie masz innego wyj艣cia, jak tylko spojrze膰 na to raz jeszcze. I zawsze staje si臋 bardziej 偶ywy ni偶 wcze艣niej. Czasem ci臋 to zaskakuje, bo chodzi o ludzi i zdarzenia, kt贸rych nawet nie pami臋tasz; to tak, jakby jego pami臋膰 po latach 偶ycia wr贸ci艂a do siebie i na chwil臋 sta艂a si臋 osob膮. Nie pami臋tasz jej z imienia, ale znasz jej twarz, a od niej wszystko, co si臋 ostatnio wydarzy艂o, wylewa si臋. Jeste艣 tym zaskoczony i nie podoba ci si臋 to.

Masz ju偶 dost臋p do tego listu, widzia艂e艣 ju偶 kartki, kalendarze i prezenty dla dzieci, wiesz dok艂adnie, kto go napisa艂 i kiedy. Czy ta poczta jest bezp艂atna? Czy chodzi tylko o ciebie? Spos贸b, w jaki my艣lisz – o sobie, o sumie swojego 偶ycia? Masz sk贸r臋 jak dom – z ceg艂y. Mo偶e warto艣ciowy, zrobiony z poczty? Tylko je艣li dobrze wycenisz jego zawarto艣膰. Poczta to dobra waluta w z艂ym 艣wiecie. Czy jeste艣 got贸w sprzeda膰 sw贸j spok贸j ducha za takie grosze? Nie przesadzaj – to jest wprowadzenie do nowego 偶ycia, ty te偶. Mo偶e warto pomy艣le膰 o wynajmie mieszkania, a nawet lepszym leasingu.

鈥濵ille weterynarz鈥, mawia艂a pani Trotha. 鈥炁伱砫ka wi臋cej miejsca鈥. Co? Mieszkanie dla dziesi臋ciu os贸b do ko艅ca 偶ycia?

Musisz podj膮膰 decyzj臋; teraz, z tym pierwszym listem, wszystko b臋dzie na sprzeda偶 – 艂膮cznie z twoim cia艂em. Nie pami臋tasz, jak zarobi艂e艣 pieni膮dze, 偶eby si臋 tu dosta膰, a tak偶e ile to by艂o warte? Praca? B贸g i ca艂e twoje zaufanie do Jego dobroci zosta艂o teraz brutalnie zdradzone. Nowe pocz膮tki? Zanik? – Mo偶e czas odwa偶y膰 si臋 marzy膰, 偶e nie ma ogranicze艅 dla marze艅, w kt贸re ludzie b臋d膮 wierzy膰.

Otrzyma艂em ju偶 tw贸j list z Salonik i wiesz co? Po pierwsze, chcia艂bym Wam za to szczerze podzi臋kowa膰, bo sp臋dzi艂am tam tylko kilka godzin i mia艂am szcz臋艣cie, gdy dotar艂am na stacj臋 z powodu chmur i deszczu. I ju偶 odes艂a艂em potwierdzenie, kt贸re r贸wnie偶 chc臋 wys艂a膰 do wszystkich waszych drogich czytelnik贸w Trotha, bez wzgl臋du na wasze religijne pogl膮dy – prawos艂awne, katolickie czy protestanckie – wiem, 偶e ten list do was dotar艂.

I musz臋 przyzna膰 – cho膰 trudno mi to powiedzie膰 – 偶e mam dobre przeczucie. Znajduj臋 kogo艣, kto ma podobny punkt widzenia. Otwarta droga, wolno艣膰, otarcie si臋 o 艣mier膰, mo偶liwo艣膰 podr贸偶owania, poznawania coraz to nowych kraj贸w – to to samo, co w Twoich oczach. A wraz z Tob膮 mo偶liwo艣膰 podr贸偶owania, poznawania nowych ludzi, przyja藕ni, wsp贸lnego j臋zyka z pewno艣ci膮 otwiera wiele oczu, otwiera drzwi na szerszy 艣wiat. A kto w swoich podr贸偶ach wola艂by wi臋ksz膮 przestrze艅 ni偶 mniejsz膮 – tutaj na ziemi?

A co mam z tego wszystkiego? Nic. Chc臋 by膰 tutaj ca艂kowicie szczery, nawet je艣li pod koniec brzmi臋 zarozumiale.

Ale jest jedna rzecz, kt贸r膮 mog臋 dosta膰 – przyjemno艣膰. Wielka sensacja, wielki dreszcz, kt贸rego nie da si臋 opisa膰. To tak, jakby miotacz zatrzyma艂 si臋 i ca艂a woda natychmiast si臋 skropli艂a; per艂a, kt贸ra stwardnia艂a przez wod臋, nigdy nie b臋dzie w stanie odbija膰 艣wiat艂a i ukazywa膰 pi臋kna najczystszego z艂ota, ale raczej stanie si臋 nieczysta, zardzewia艂a i ci臋偶ka. I ju偶 to wiesz, to znaczy, je艣li spodziewa艂e艣 si臋, 偶e napisz臋 do ciebie list. Znam twoje zwyczaje, znam twoj膮 drog臋 i znam zmiany serca, kt贸re ci臋 dotkn臋艂y. Z pewno艣ci膮 musisz szanowa膰 moje uczucia, prawda? Wi臋c mo偶e dlatego te偶 powinien by膰 m贸j?

Tw贸j kumpel,
Krysia Weber

Ten list by艂 wielk膮 niespodziank膮. Nie pochodzi od kr贸la, ale od biskupa! By艂 to list bardzo osobisty. Krysia nie rozpozna艂a w艂asnego pisma i by艂a zdumiona ostr膮 jak brzytwa wyrazisto艣ci膮 jego pisma. Dziekan nawet nie zdawa艂 sobie sprawy, 偶e list zosta艂 napisany, dop贸ki nie zosta艂 sko艅czony i umieszczony w pude艂ku. Odrzucone listy by艂y zwykle wysy艂ane we w艂a艣ciwe miejsce. Czasami upychano je do szuflady innymi literami i na tym koniec. Dziekan nie pomy艣la艂 o tym. Ale nie wszystko by艂o takie, jak si臋 wydawa艂o. By膰 mo偶e list zosta艂 przeczytany i wydano rekomendacj臋 w sprawie Krysi Weber, kt贸r膮 poleci艂o dwoje z trzech zalotnik贸w. Twierdzili, 偶e dorasta艂a w Gutersloh, ale w rzeczywisto艣ci by艂a zwyk艂膮 prostytutk膮 w Lozannie. Mia艂a z艂膮 przesz艂o艣膰 i dziekanowi wydawa艂o si臋, 偶e Krysia stara艂a si臋 to zatuszowa膰, ale teraz wszystko si臋 za艂ama艂o, wstydzi艂 si臋 tego i zupe艂nie nie mia艂 do艣wiadczenia w radzeniu sobie ze 艣wiatem skandali. Kocha艂 Krysi臋 i musia艂 sobie z ni膮 radzi膰 na do艣膰 r贸wnych zasadach, ale w jaki艣 tajemniczy spos贸b jego uczucia do niej s艂ab艂y, jakby ch艂odniejsza atmosfera jego skupienia spowodowa艂a r贸wnie偶 och艂odzenie jego w艂asnego cia艂a. Obieca艂 sobie, 偶e um贸wi si臋 na spotkanie z ni膮 nast臋pnym razem, gdy b臋d膮 w tym samym mie艣cie. Ubiera艂 si臋 wi臋c skromnie i wchodzi艂 do baru w najpi臋kniejszej karczmie, zamawia艂 kufel piwa i odwiedza艂 j膮 w ciszy w ciemno艣ci. By艂a mi艂膮, drobn膮, 艂adnie wygl膮daj膮c膮 kobiet膮.

Niestety, on te偶 nie mia艂 okazji widywa膰 jej wieczorami. Ostatnio zajmowa艂a go kariera – w艂a艣nie rozpocz膮艂 jeden semestr, a ju偶 we wrze艣niu mia艂 nadziej臋, 偶e znowu zacznie uczy膰. Studium prawa by艂o jego powo艂aniem.

Chcia艂by w przysz艂o艣ci pracowa膰 dla ONZ. Chcia艂by podr贸偶owa膰, szczeg贸lnie do Azji, ale najpierw uczy艂by w jakim艣 azjatyckim kraju, gdzie pozna艂by j臋zyk i zwyczaje. Chcia艂by wybra膰 si臋 na wycieczk臋 do Ameryki P贸艂nocnej, aby zobaczy膰 ten kraj, a mo偶e nawet si臋 ustatkowa膰. Jego 偶ona bardzo szybko zauwa偶y艂a w nim t臋 nag艂膮 zmian臋 i pomimo jego protest贸w, r贸wnie偶 to zauwa偶y艂a, dostrzegaj膮c zmiany, kt贸re w nim zachodzi艂y. Widzia艂a coraz bardziej niezadowolonego m臋偶a i kobiet臋 niezdoln膮 do ponownego nawi膮zania z nim wi臋zi, zagubionych po艣r贸d tych, kt贸rych zostawi艂. Zobaczy艂a m臋偶czyzn臋, kt贸ry chcia艂 by膰 blisko i trzyma膰 j膮 za r臋k臋, ale w rzeczywisto艣ci brakowa艂o mu czego艣 bardzo wa偶nego – uczucia. Dlatego co tydzie艅 dostawa艂 list od 偶ony, w kt贸rym m贸g艂 przeczyta膰 o tr贸jce dzieci.

Jedno z dzieci, o艣mioletnia Marta, zauwa偶y艂a, 偶e jej ojciec robi co艣 wa偶nego, bo kupi艂 notatk臋 w swoim gabinecie i jest zbyt leniwy, 偶eby napisa膰. Po prostu napisa艂, 偶e studiuje prawo i to wystarczy. Powiedzia艂a, 偶e w dzisiejszych czasach wystarczy napisa膰, 偶e studiujesz prawo, a potem wszyscy wiedz膮, 偶e to prawo i po prostu musisz siedzie膰 z ulg膮. To znaczy, 偶e zda艂 ju偶 egzamin i na tym si臋 sko艅czy艂o. Pozosta艂a dw贸jka dzieci – jedna jednoroczna, druga pi臋cioletnia. Patrzy艂y z cich膮 satysfakcj膮 jak ich ojciec sporz膮dza notatki do ksi膮偶ek prawniczych.

Pewnego razu, gdy on siedzia艂 przy biurku pracuj膮c i czytaj膮c, rozejrza艂a si臋, bo nauczy艂a si臋 czyta膰 ju偶 wtedy, gdy jej ojciec pracowa艂 w bibliotece. Zobaczy艂a, 偶e jej matka patrzy inaczej, ze smutn膮 min膮 w jej twarz. Dzieci zacz臋艂y krzycze膰, a ich ojciec wsta艂, lecz jego nastr贸j bardzo szybko si臋 poprawi艂. Potrz膮sn膮艂 r臋kawami, pokaza艂 swoje oficjalnie z艂o偶one ksi臋gi zam贸wie艅 i postanowi艂 wys艂a膰 je do jakiego艣 wydawcy, aby unikn膮膰 tej klasowej pracy i nudy. Mia艂by wtedy czas na rozejrzenie si臋 po okolicy i zakupienie ksi膮偶ek, kt贸re zawsze go interesowa艂y. Zanim jednak zd膮偶y艂 odej艣膰, z艂o偶y艂 wizyt臋 jej matce, z kt贸r膮 ju偶 si臋 pok艂贸ci艂, a kt贸ra teraz, wstydz膮c si臋, uderzy艂a go w twarz.

S艂o艅ce by艂o ju偶 wysoko, wi臋c ju偶 czas otworzy膰 sklep i ruszy膰 w drog臋, ale dzieci znowu zosta艂y w domu, bo by艂y zm臋czone.

Jednak nast臋pnego dnia nie chcia艂y zosta膰 sami. Biega艂y z pokoju do pokoju, siada艂y na schodach lub opiera艂y si臋 o 艣ciany domu. „Tu jest du偶o nied藕wiedzi!” Powiedzia艂y, a ka偶dy z nich wyci膮gn膮艂 ksi膮偶k臋 z toreb i spojrza艂 na miejsce, w kt贸rym wschodzi艂o s艂o艅ce.

S艂o艅ce wzesz艂o nad horyzontem, raczej wysoko. By艂o bia艂e i zamglone. Niebo by艂o niewygodne, zachmurzone, nieznane.

Krysia, kt贸ra nadal chorowa艂a i by艂a s艂aba, nie mog艂a wyj艣膰, a stara Marta nie mog艂a przyj艣膰. Jacob tylko sporadycznie spotyka艂 si臋 z ni膮 na odleg艂o艣膰 i w ten spos贸b dzieciom uda艂o si臋 przyprowadzi膰 go do siebie. Dom nie by艂 prawdziwym domem dla Jakuba. Kiedy艣 by艂 w Ameryce i nawet teraz, kiedy wr贸ci艂 do Czech, czu艂, 偶e naciska na niego jaka艣 obca si艂a – ko艣cielna, religijna, ograniczaj膮ca si艂a. Jakub niczego si臋 nie ba艂, powiedzia艂, ale poczucie wyobcowania jest zawsze bardzo niebezpieczne dla osoby postronnej. Lubi艂 pogaduszki i towarzystwo ludzi. Lubi艂 wymienia膰 historie – szczeg贸艂y z podr贸偶y o jedzeniu, kt贸re jedli, ich nastrojach, ich przekonaniach. Lubi艂 obserwowa膰, jak uk艂adaj膮 si臋 interakcje tych ludzi, widzie膰, jak inni pr贸buj膮 spojrze膰 mu w oczy. Zdarzy艂o si臋 te偶, 偶e odepchn膮艂 tych ludzi przy pierwszych oznakach wrogo艣ci. Na pocz膮tku chodzi艂o o drogi nie w d贸艂, potem chodzi艂o o gramatyk臋 ich mowy, potem o ich jedzenie. Zauwa偶y艂 drobne r贸偶nice w sposobie ubierania si臋 i wygl膮dzie cia艂a. Kiedy rozmawiali o swojej ukochanej, dystansowa艂 si臋 z wielk膮 stanowczo艣ci膮, aby czuli si臋 wok贸艂 niego bezpiecznie. Unika艂 dawania 艣wiadectwa o ich uczuciu. Dzieci ca艂y czas rozmawia艂y, wzywaj膮c imi臋 Jakuba w j臋zyku, kt贸rego nie rozumia艂y, a jedno z nich zapami臋ta艂o historie z biblioteki starca i kolejno je wyja艣nia艂y. Najwyra藕niej m臋偶czyzna wyszed艂 spod ska艂y i rozmawia艂 z Yu. W trakcie rozmowy dokona艂 wielu odkry膰, poniewa偶 odkry艂, 偶e jego liczne, kapry艣ne historie s膮 o wiele bardziej zainteresowane. Z przyjemno艣ci膮 dowiedzia艂 si臋, 偶e Yu jest geniuszem w opowiadaniu historii. A oto jedna z nich, o zwierz臋tach:

– I jeden z艂oty ogierek zakochuje si臋 w klaczy. Klacz odmawia mu trzykrotnie, ale w ko艅cu zgadza si臋 go po艣lubi膰. Organizuje nocne czytanie notatek od rodziny kr贸lewskiej, co t艂umaczy pragnienie klaczy. Stra偶nicy ju偶 na ni膮 czekaj膮, ale podejrzliwy pasterz ratuje konia.

– I dostaje pier艣cionek z bursztynu i z艂otej nici, a potem zawsze nosi najpi臋kniejsze ubrania.

Ka偶dego popo艂udnia, kiedy nikt nie patrzy艂, Yu zapala艂 piec i szed艂 nad rzek臋. Sta艂 po drugiej stronie i spojrza艂 w g贸r臋 rzeki. W膮cha艂 wod臋 i wpatrywa艂 si臋 w blask 艣wiat艂a, kt贸re o艣wietla艂o jej pr膮d. Yu by艂 absolutnie spokojny. Jego my艣li igra艂y z pomys艂em pier艣cienia, a potem rzuci艂 si臋 do wody. To nie bola艂o, lecz co艣 w nim si臋 zmienia艂o i stawa艂o si臋 elastyczne.

Jakub od czasu do czasu czyta艂 zeznania lub pokazywano mu tajne akta. To wszystko go tak zafascynowa艂o, 偶e nie wiedzia艂 nawet, co powiedzie膰. Odchyli艂 si臋 na krze艣le i z艂o偶y艂 kawa艂ek 偶贸艂tego lepkiego papieru w le艣n膮 scen臋. – Sk膮d mam wiedzie膰? – zapyta艂 z przesadnym zaskoczeniem. – Pracuj臋 i karmi臋 misia.
Tak powiedzia艂 i z satysfakcj膮 obserwowa艂, jak rozwija si臋 sytuacja.

Dzieciom pozwolono wyjecha膰 nast臋pnego dnia, ale m艂ody Jakub zosta艂. Nie pozwoli艂 zabra膰 go starej Marcie. Podnios艂a go i zanios艂a do przeciwleg艂ego budynku, blokuj膮c wej艣cie krzes艂em.

– Chc臋 ci臋 zobaczy膰 – powiedzia艂.

– Chc臋 z tob膮 porozmawia膰.

Siedzieli na schodach, a on stara艂 si臋 wygl膮da膰, jakby nikogo nie s艂ucha艂

– S艂uchasz mnie? – zapyta艂a cicho.

Jacob nie odpowiedzia艂, wi臋c przyspieszy艂a. Stoj膮c przed nim, poczu艂a, 偶e ur贸s艂. Wzi臋艂a jego r臋k臋 i po艂o偶y艂a j膮 na kolanie, i teraz czu艂a, 偶e jej cia艂o jest inne. Wiedzia艂a, 偶e powinna si臋 wstydzi膰. Odwr贸ci艂a si臋 i zesz艂a po schodach do drzwi fabryki.

Marta zabiera艂a na tucz prosiaka, kt贸rego 偶ona 艁ab臋ckiego urodzi艂a zbyt wcze艣nie. M艂ody ch艂opak czeka艂 na polu, ale Marty bardzo si臋 ba艂. Wiedzia艂, co si臋 sta艂o z jej matk膮 i ojcem. Korek wr贸ci艂 z miejsca, w kt贸rym nigdy go nie by艂o. Wiedzia艂 o pier艣cieniu. Zacz膮艂 p艂aka膰, podobnie jak koza. Marta siedzia艂a na 偶ywop艂ocie i patrzy艂a w dal, a ch艂opiec zakry艂 oczy szmat膮.

– B臋d臋 tak samo martwy jak ty – powiedzia艂a.

Tego wieczoru usiad艂a na autostradzie i spojrza艂a na miasto. By艂a w drodze, aby kupi膰 艂膮ki i samoch贸d od handlarza metalami, ale nie zatrzyma艂a si臋 wystarczaj膮co d艂ugo, aby spojrze膰 na s艂ynnego Silk. Sko艅czy艂o si臋 jej paliwo i uderzy艂a w 艣cian臋. Przez chwil臋 siedzia艂a nieprzytomna, po czym wysiad艂a z samochodu i zbieg艂a ze wzg贸rza.

Kiedy dotar艂a do drogi, zobaczy艂a w oddali 艣wiat艂o – ma艂e, migocz膮ce i zamglone. 艢wiat艂o rozproszy艂o si臋 na niebie, wi臋c Marta pojecha艂a dalej.

Nast臋pnego dnia te偶 pojecha艂a do sprzedawcy samochod贸w; nie by艂o sposobu, 偶eby zdoby膰 pieni膮dze. Ale w samochodzie poczu艂a strach i chcia艂a si臋 wydosta膰. Ba艂a si臋, 偶e si臋 zgubi, ba艂a si臋 zostawi膰 wszystkie swoje rzeczy w domu, ba艂a si臋 wszystkiego. Zdj臋艂a p艂aszcz, wrzuci艂a kapelusz do baga偶nika i powiedzia艂a sobie: jad臋 na autostrad臋. Kiedy wysiad艂a na autostradzie, w ciemno艣ci przed 艣witem w艂o偶y艂a spodnie i p艂aszcz, po czym wsiad艂a do samochodu. Podnios艂a g艂ow臋 i zobaczy艂a wie偶e Sankt Petersburga. By艂a przera偶ona. Posz艂a na stacj臋 benzynow膮 i kupi艂a paliwo elektryczne. Czu艂a si臋 jeszcze bardziej przera偶ona, wi臋c przygotowywa艂a si臋 do wysiadania z samochodu i ucieczki, gdy podszed艂 do niej m臋偶czyzna w bia艂ej sukience z plam膮 na lewym ramieniu i zacz膮艂 bardzo ostro偶nie z ni膮 rozmawia膰. Mia艂 polski akcent, ale Marta go rozpoznawa艂a.

– Jestem jej m臋偶em – powiedzia艂. „Mieszkam w pobli偶u. Czy mo偶esz po艣wi臋ci膰 chwil臋?鈥

Marta wysiad艂a z samochodu i wpu艣ci艂a go do domu.

Usiedli na tarasie przy herbacie.

Do dzi艣 m臋偶czyzna w bia艂ej sukni mimo swojego wieku jest chudy jak stary kr贸lik.

W pewnej chwili zadzwoni艂 telefon.

鈥濵am dla ciebie prac臋 w porcie鈥.

P贸藕niej rozm贸wca si臋 roz艂膮czy艂.

Marcie kazano si臋 spakowa膰 i wyj艣膰. S艂ysza艂a, jak telegrafista wy艂膮cza wtyczk臋, po czym drzwi si臋 otworzy艂y i wbieg艂a jej by艂a kochanka. Zobaczy艂a jego twarz, ale na pocz膮tku nie mog艂a za ni膮 nad膮偶y膰. Wygl膮da艂a na zak艂opotan膮. – Zdejmij te ubrania i wyno艣 si臋 st膮d – powiedzia艂. Sta艂a w drzwiach, kiedy wraca艂 do swojego pokoju i zobaczy艂a, jak jego cia艂o zn贸w si臋 prostuje.

Kiedy Marta szale艅czo p臋dzi艂a, by przygotowa膰 si臋 do podr贸偶y do miasta, odkry艂a, 偶e autostrada jest zamkni臋ta. O ostatniej dowiedzia艂a si臋 od niebieskiego urz臋dnika celnego, kt贸ry siedzia艂 w budce celnej obok telefonu, kt贸rego nigdy nie u偶ywa艂.

Marta wr贸ci艂a do swojego domu i dowiedzia艂a si臋, 偶e w lod贸wce jest troch臋 mleka, kt贸re si臋 psuje i zamarza. Przez chwil臋 zastanawia艂a si臋, czy zepsu艂o si臋 na ca艂ej autostradzie. Gdyby tego nie zrobi艂a, mia艂aby czas na zrobienie sobie uczty – ryba na ma艣le przy stole, najlepsza zupa geoduck, miska domowego kwasu portulaka mojej mamy, orzeszki pinii z cynamonem, embushpidli i li艣cie winoro艣li oraz bochenek zakwasu. By艂a g艂odna. Wr贸ci艂a do 艣rodka i zapali艂a kolejnego papierosa. Pobieg艂a do skrzy偶owania po paczk臋 papieros贸w. Zobaczy艂a ci臋偶ar贸wk臋 armii radzieckiej, kt贸ra mia艂a przebit膮 opon臋. Ale on szed艂 do sklepu, wi臋c jej zmartwienia na chwil臋 znikn臋艂y. Wychyli艂a si臋 przez okno samochodu. Zauwa偶y艂a sklep na stacji benzynowej, w kt贸rym by艂 chleb z mas艂em. Ku jej wielkiej rado艣ci podano jej oba bochenki z mas艂em; to by艂 dobry sklep. Kupi艂a sobie bu艂k臋. Znajdowa艂a si臋 teraz na obrze偶ach Starostynki. Na poboczu autostrady, bardzo t艂ustej i brudnej, ujrza艂a owc臋 i my艣l膮c, 偶e zim膮 mo偶e jej si臋 spodoba膰 艂贸偶ko ze 艣wie偶ego 艣niegu, zobaczy艂a stragan z drzewem opartym o ni膮. Drzewo, ju偶 lekko posiniaczone, nietypowo przechyla艂o si臋 na bok, jakby zosta艂o oszukane. Posz艂a wi臋c do sklepu i kupi艂a sobie gor膮c膮 torb臋 ciastek, wina i w贸dki. Ten wspania艂y sklep mia艂 na jednym ko艅cu balkon, sk膮d w ciep艂ym 艣wietle lamp gazowych mo偶na by艂o podziwia膰 toalet臋. By艂a to dziura w ziemi o 艣rednicy dw贸ch st贸p i wychodz膮ca z niej rura. By艂a tak ogromna, 偶e z ziemi nie mo偶na by艂o wej艣膰 na ulic臋. Otrzyma艂a j膮 od zamo偶nej pary z Rzheva. Kupiono tam wino i w贸dk臋, a gdy je jedli, czyta艂a gazety. Spustoszenie czasu odcisn臋艂o swoje pi臋tno na tym papierze i nadaj膮c mu bia艂awy wygl膮d, odciski palc贸w wyblak艂y i straci艂y swoj膮 pierwotn膮 jako艣膰, sta艂y si臋 zamazane i zniekszta艂cone.

Szare okruchy niezadrukowanych znak贸w le偶a艂y porozrzucane na ca艂ej stronie. Omawiany artyku艂, przeoczony, nie mia艂 sensu. Zrozumia艂a, 偶e mo偶e chcie膰 po prostu i艣膰 prosto do domu, gdzie b臋dzie mog艂a o tym si臋 dowiedzie膰.

To zabawne, pomy艣la艂a, ale mo偶e zawsze tak by艂o. 艢wiat, kt贸ry zna艂a z ksi膮偶ek, by艂 jej r贸wnie obcy jak dzisiejsze domy. Architektura by艂a inna, ulice inne, a ludzie te偶 byli inni. Wzi臋艂a g艂臋boki oddech i ruszy艂a pieszo po mokrej drodze.

Spacer w butach

Po powrocie do domu usiad艂a przy stole i otworzy艂a butelk臋 w贸dki. Siedzia艂a tam jeszcze chwil臋, a potem zapali艂a papierosa. Robi艂o si臋 ciemno. Ogie艅 wygasa艂.

Zacz臋艂a przegl膮da膰 otrzymane wiadomo艣ci: jedn膮 o przera偶aj膮cym wypadku, kt贸ry wydarzy艂 si臋 w lesie, inn膮 o minie w Czechach. By艂y jak bu艂ka grubej, lepkiej smo艂y, jak plewy, kt贸re wprawia艂y j膮 w zak艂opotanie i spowalnia艂y. Utkn臋li w jej wielkim, t艂ustym, zdezorientowanym gardle i nigdzie nie poszli. Pr贸bowa艂a o nich zapomnie膰 przy kieliszku w贸dki, ale ogie艅 hucza艂, a dom stawa艂 si臋 coraz cieplejszy. Kiedy posz艂a spa膰, by艂o ju偶 ciemno. Spa艂a w pi偶amie na pod艂odze. Spa艂a jak martwa osoba, mo偶na by nawet powiedzie膰, 偶e by艂a trupem, bo wci膮偶 oddycha艂a. Marzy艂a o kobiecie z w膮sami, kt贸ra m贸wi 艂amanym niemieckim. Wskaza艂a r臋k膮 na wyimaginowane miejsca. 鈥濨ewegnuten Euch und Weg鈥 – powiedzia艂a. 鈥濨ed眉che ihre Geheimnisse und Wunder鈥. Przeliterowane w j臋zyku niemieckim. Ale nie we 艣nie. Rano wstawa艂a, prostowa艂a si臋 i zastanawia艂a: 鈥濩holera. Cholera. Gdzie ja jestem? Cholera.

Poczu艂a tl膮cy si臋 偶ar w swoich ko艣ciach i przybra艂a najbardziej niewinn膮 twarz.

– Nie spa艂em ca艂膮 noc.

– A ty nie zasn膮艂e艣?

– Zasn膮艂em na chwil臋.

'O. C贸偶, dobranoc鈥.

Po艂o偶y艂a si臋 w 艂贸偶ku i zobaczy艂a cie艅 psa na prze艣cieradle. Poczu艂a zniesmaczenie i pokr臋ci艂a g艂ow膮.

– Prosz臋, nie bud藕 psa. Zaraz b臋d臋. Zajm臋 si臋 tym.

艢mia艂a si臋 do siebie, ale nie z psa. Z siebie.

– Och, zamknij si臋 – wymamrota艂a.

Ca艂膮 noc le偶a艂a w 艂贸偶ku i 艣ni艂a o tym samym w k贸艂ko, niczym kruk lec膮cy nad domem. Potem wyl膮dowa艂 na stole, szturchn膮艂 ziemi臋 g艂ow膮 i zasycza艂. Wystartowa艂 i polecia艂 prosto w g贸r臋. Podnosi艂 si臋 prawie bez przerwy, a偶 znalaz艂 si臋 tak wysoko, 偶e znalaz艂 si臋 nad ni膮. A potem spad艂, prosto jak strza艂a, prosto w kierunku zegara na 艣cianie. Jej serce podskoczy艂o, tylko troch臋, tylko na sekund臋. A zegar wybi艂 godzin臋 zero.

Wtedy kruk odlecia艂.

Nast臋pnego ranka poczu艂a si臋 tak, jakby spa艂a od wiek贸w. Usiad艂a na 艂贸偶ku i poczu艂a si臋 zmarzni臋ta, ale 艣wiat spa艂, jakby ona i wszyscy inni dopiero szykowali si臋 do hibernacji. Wtedy po raz pierwszy w 偶yciu zacz臋艂a si臋 goli膰. Wyszczotkowa艂a paznokcie i star艂a zarost, nie tyle dla siebie, ile dla 艣wiata, bo rano musia艂aby wsta膰 i posprz膮ta膰 po sobie. Zesz艂a na d贸艂 punktualnie, spieni艂a w艂osy i u偶y艂a najlepsze perfumy. Zabra艂a si臋 do zmywania w kuchni, zrobi艂a zakupy i posz艂a do listonoszki. Kiedy wr贸ci艂a, rozkoszowa艂a si臋 zapachem swoich perfum w 艂azience i aromatem w艂os贸w. W艣lizgn臋艂a si臋 z powrotem do 艂贸偶ka, dotkn臋艂a wra偶liwego miejsca z boku cia艂a, co potem, kiedy spa艂a, prawie zawsze oznacza艂o mi臋dzy jej nogami: gdzie艣 w dziurach pami臋ciowych jej m贸zgu. Spa艂a w jednej rozleg艂ej b艂ogo艣ci, pe艂na wdzi臋czno艣ci dla Natury za przyniesienie jej cia艂a, daj膮cego jej miejsce do 偶ycia. Niewielka, krucha – kobieta. Taka pi臋kna. Taka delikatna.

Wzi臋艂a prysznic, zmy艂a ca艂e myd艂o i olej, kt贸ry by艂 suchy, promienny i mi臋kki jak jedwab. Wzi臋艂a brzytw臋 do n贸g, wycieraj膮c je tak delikatnie, 偶e krew jeszcze si臋 nie zagotowa艂a. Szczypta martwej sk贸ry opad艂a na poduszk臋 jak srebrna r臋kawiczka. Wzi臋艂a brzytw臋 w ramiona – lekkie, jakby by艂y zrobione z papieru, inkrustowane drobnymi szwami – i wreszcie piersi, mi臋kkie jak puszyste chmury. Prawdopodobnie zrani艂a si臋 brzytw膮, poniewa偶 krew nadal nie przesta艂a p艂yn膮膰 i teraz p艂yn臋艂a do jej pachwiny i talii z ka偶d膮 mijaj膮c膮 sekund膮. Pod wiecz贸r b贸l sta艂 si臋 nie do zniesienia; przenikn膮艂 do ca艂ego jej cia艂a i wnikn膮艂 do jej ko艣ci. Wieczorem 艣ni艂a, 偶e jest kobiet膮, 偶e przez d艂ugi czas le偶a艂a w wannie dzie艅 po dniu, zachwycaj膮c si臋 delikatnymi krzywiznami jej piersi, brzucha, n贸g i nisko wisz膮cego biodra. B贸l by艂 bardziej nie do zniesienia ni偶 pragnienie. Pr贸bowa艂a krzycze膰, ale nie mog艂a wyda膰 z siebie 偶adnego d藕wi臋ku. By艂a zamkni臋ta w strasznej ciszy. Przynajmniej na to zas艂ugiwa艂a. Obudzi艂a si臋 ze strachem i obrzydzeniem. Zna艂a ju偶 swoje cia艂o na tyle dobrze, by wiedzie膰, 偶e jest tam uwi臋zione.

Na jej czole pojawi艂 si臋 zimny pot. Pr贸bowa艂a otrze膰 pot chusteczk膮, ale nie mog艂a si臋 go pozby膰, a chusteczka by艂a pe艂na potu i pomy艣la艂a, 偶e kawa艂ek waty b臋dzie b艂ogos艂awie艅stwem, sposobem podzi臋kowania 艣wiatu. S艂ysza艂a te偶 delikatny szelest w swojej sypialni. Szybko rozebra艂a si臋 i narzuci艂a na siebie ubranie. W艂o偶y艂a sanda艂 bez skarpety, potem d艂ug膮 sp贸dnic臋 obszyt膮 bia艂膮 koronk膮 i srebrzysty czepek, kt贸ry wygl膮da艂 jak szal. Czu艂a si臋 jak kobieta. Dotkn臋艂a swoich d艂oni i ramion, aby sprawdzi膰 ich elastyczno艣膰. Z pewno艣ci膮 nie by艂a ju偶 ch艂opcem, wi臋c b臋dzie si臋 o siebie troszczy膰, b臋dzie niezale偶na jak ka偶da kobieta. Nie mog艂a si臋 doczeka膰, a偶 nadszed艂 czas, aby wyj艣膰 do samochodu. Na razie le偶a艂a w ch艂odnej wannie, niezdolna do snu, co by艂o spowodowane zm臋czeniem i strachem. Us艂ysza艂a czyje艣 mi臋kkie kroki na schodach, jak szelest py艂ku, d藕wi臋k stygn膮cych powierzchni. Teraz wiedzia艂a, 偶e to on. Min膮艂 jej pok贸j o 艣wicie i wiedzia艂a, 偶e przyjdzie. Poszed艂 do 艂azienki i umy艂 twarz i cia艂o. Ubra艂 si臋 nago; musia艂 zgoli膰 w艂osy na ciele. Kiedy wysycha艂, machn膮艂 do niej r臋k膮, a ona poczu艂a jego zapach, kt贸ry by艂 bardzo m臋ski. Potrzebowa艂a ca艂ej si艂y woli, by nie ucieka膰, jako艣 powstrzyma膰 go przed ca艂owaniem jej nagiego cia艂a. Ale tego nie zrobi艂, nie zrobi艂, nie zrobi艂. Sta艂 w drzwiach i patrzy艂 na ni膮. Przez sekund臋 my艣la艂a, 偶e 艣ni, ale potem zrozumia艂a, po znajomym zapachu, po jego zapachu. Wsta艂a z wanny w 艂azience i stan臋艂a przed nim, gdy si臋 rozbiera艂 i stan膮艂 przed ni膮, nago, przed lustrem. 'Witamy.’ Umy艂 z臋by, poprawi艂 krawat. Widzia艂a w lustrze jego cia艂o, nawet si臋 nie goli艂. B臋d膮c jeszcze w 艂azience zakr臋ci艂 wod臋, usiad艂 na kraw臋dzi i zacz膮艂 si臋 goli膰. 'Dbam o Ciebie. Opiekuj si臋 mn膮.’ U艣miechn膮艂 si臋, pojawi艂y si臋 z臋by, a ona patrzy艂a ze zdumieniem na jego zdrowe, jego g艂adkie cia艂o. 鈥濩hc臋 by膰 twoim kochankiem. Chc臋 by膰 z tob膮 na zawsze. Prosz臋, zaczekam na ciebie w wannie. B臋d臋 tu jutro. By艂 bardzo powa偶ny. Prze艂kn臋艂a przypadkowym haustem, nie wiedzia艂a, co si臋 dzieje. Ba艂a si臋, 偶e zrani艂 si臋 brzytw膮. Ale znowu si臋 u艣miechn膮艂, jakby wiedzia艂 wszystko. Pozwoli艂a mu j膮 ogoli膰. Zasn臋艂a z g艂ow膮 na jego piersi, nas艂uchuj膮c szelestu jego ubrania. 艢ni艂a, 偶e jest jeszcze dzieckiem – 偶e k膮piel uczyni艂a j膮 wielk膮. Otworzy艂a oczy, zobaczy艂a wann臋 i 艂a藕ni臋. Wyci膮ga艂a r臋ce przed siebie, b艂agaj膮c o co艣 sk膮d艣. Wiedzia艂a, 偶e to iluzja – nie by艂o o co b艂aga膰. By艂a te偶 w wiadrze z innymi dzie膰mi, ka偶de w ciemnoniebieskiej wannie.

Tam do odp艂ywu wlewa艂a si臋 woda z kranu. Mi臋so 艂ab臋dzia wisia艂o na linii startu. Patrzy艂a na wann臋 – pi臋kn膮 wann臋. Wiedzia艂a, 偶e 艣ni. – Rozwi膮偶 t臋 iluzj臋 – szepn臋艂a. – Ju偶 czas – odpar艂 znajomy g艂os dobiegaj膮cy z oddali. Otworzy艂a oczy. Zobaczy艂a wann臋 w rogu swojego salonu. Usiad艂a na 艂贸偶ku i s艂ucha艂a z niepokojem. S艂ysza艂a p艂yn膮c膮 wod臋, a potem silnik samochodu. Rozebra艂a si臋 i wesz艂a do wanny. Kiedy wysz艂a, zobaczy艂a go stoj膮cego przy kuchennym oknie i kapi膮cego. Zesz艂a do niego w wodzie. Trzyma艂 kij. – Jeste艣 dziewczyn膮 – powiedzia艂.

Mam dziewi臋tna艣cie lat – poprawi艂a go. Spojrza艂 na ni膮 z pogard膮.

– C贸偶, je艣li nalegasz.

Usiad艂a obok niego na le偶aku. Spojrza艂 jej w oczy. Spojrza艂 jej w oczy. By艂 zawstydzony, a ona wiedzia艂a o tym. Us艂ysza艂a skrzypni臋cie klamki na zlewie, a potem ciche kroki, gdy gospodyni przysz艂a posprz膮ta膰. Jej syn wr贸ci艂 do domu i ch艂opiec spojrza艂 na to z poczuciem winy.

– Tato, co si臋 sta艂o? Co si臋 sta艂o?

– Nic, synu. Tylko dziewczyna. Przyszed艂em do ciebie w jej sprawie.

– Tak, oczywi艣cie – odpar艂 ch艂opiec z u艣miechem sugeruj膮cym, 偶e wie wszystko. – Wysz艂a – powiedzia艂 jego ojciec.

'Na zewn膮trz? Gdzie? Zejd藕 mi z drogi – powiedzia艂 ch艂opiec i nagle wsta艂 z krzes艂a, k艂ad膮c torb臋 na pod艂odze.

– Och, daj spok贸j, mamo. Chod藕my, tato. Chod藕my do domu.’

– O nie – powiedzia艂 jego ojciec.

– Nie, nie, kochanie, nie id臋. Id臋 do lasu. A potem wzi膮艂 ch艂opca pod rami臋 i odchodzi艂. 艁zy sp艂ywa艂y jej z oczu i rozpryskiwa艂y si臋 na drewnianej pod艂odze.

– Nie, tato – szepn臋艂a.

– Synu – powiedzia艂, gdy stali przed frontowymi drzwiami. – Jak chcesz, mamo. Us艂ysza艂a skrzypni臋cie klamki na zlewie, a potem ciche kroki, gdy gospodyni przysz艂a posprz膮ta膰. Jej syn wr贸ci艂 do domu i ch艂opiec spojrza艂 na to z poczuciem winy.

– Tato, co si臋 sta艂o? Co si臋 sta艂o?’

Kiedy po raz pierwszy mieszka艂a z przyjaci贸艂k膮, posadzi艂a c贸rk臋 i wyja艣ni艂a, 偶e jest stara, jest za stara, aby c贸rka mog艂a j膮 wyda膰. Tylko dla najwa偶niejszych rzeczy. Powinna poczeka膰. Stara kobieta, anoreksja, nienawi艣膰 do samego siebie i umys艂y bingo. 呕e powinna wr贸ci膰 tak szybko, jak to mo偶liwe, gdy tylko nogi jej si臋 wysun膮.

鈥濵usz膮 zrobi膰 miejsce dla innych ludzi鈥 – powiedzia艂a i zacz臋艂a m贸wi膰 o oddzia艂ach w szpitalu, o oddziale w szpitalu, kt贸ry by艂 po prostu pusty, o oddziale po drugiej stronie miasta. Drzwi, oddzia艂 obok i tak dalej.
Nogi Linusa podda艂y si臋 nagle, bez ostrze偶enia. W ci膮gu jednego dnia jego rodzina musia艂a wreszcie pogodzi膰 si臋 z faktem, 偶e nie ma sposobu, aby go sprowadzi膰 z powrotem, nawet gdyby chcieli. Tak staro偶ytni nazywali 艣mier膰. Napad艂 na nich bez ostrze偶enia, a potem odszed艂. Teraz rodzina Linusa musia艂a zapewni膰 mu porz膮dny pogrzeb. Tak staro偶ytni nazywali pogrzeb. Musieli zrobi膰 miejsce dla wracaj膮cych z drugiej strony, ustawiaj膮c krzes艂a i pier艣cienie piwonii na cmentarzach z bia艂ymi obrusami. Pogrzeb Linusa by艂 pogrzebem, kt贸ry by艂 prawdziwym pogrzebem.

Ch艂opiec postarza艂 si臋 w 艣rodku, ale wszystko, co kiedykolwiek zna艂, znajdowa艂o si臋 na zewn膮trz, w tym kojcu przy banku. Wszystko, co widzia艂, by艂o jakby narysowane na karcie, jakby dla jego rodzic贸w, dla jego rodziny, jakby byli widzami pokazu magii. Teraz jego rodzice te偶 b臋d膮 widzami. Znajdowali si臋 na ulicy, szli d艂ug膮 drog膮 do swoich sklep贸w, a po drodze musieli mija膰 sklepy, do kt贸rych chodzili, ale ju偶 nie byli potrzebni. Nawet nie wiedz膮, co by kupili. Wstan膮 od sto艂u i p贸jd膮 do kuchni, ale id膮c, rzuc膮 okiem na schludn膮 sypialni臋 Linusa i nagle biegn膮 za nimi, oburzeni tym, co si臋 sta艂o.

Zabior膮 ze sob膮 dziewczynk臋 i b臋d膮 spacerowa膰 po domu, szukaj膮c w szafkach swoich pami膮tek. Nie usi膮d膮 nawet przy stole w jadalni. W贸dki nawet nie wypij膮. Nawet nie obudz膮 dziecka.

Od 艣mierci pierwszego dziecka staraj膮 si臋 nadrobi膰 stracony czas. Ich uwaga jest rozproszona w nieprzewidywalnych kierunkach. Nie ma nudnych zawod贸w. Mieli do艣膰 edukacji. Teraz skupili si臋 na sporcie. Graj膮 w bryd偶a, ka偶dego ranka ogl膮dali maraton wideo babci, aby przygotowa膰 si臋 do w艂asnego maratonu. B臋d膮 biega膰, spacerowa膰, je藕dzi膰 na rowerze lub je藕dzi膰 do bliskich. Mog膮 nawet pojecha膰 na Islandi臋. Zobacz膮 wszystko, co jest do zobaczenia. Dla nich to najlepszy spos贸b uczenia si臋.

B臋d膮 w tym dobrzy.

Linus zostanie pochowany z rodzicami i babci膮. Zostanie pochowany obok swojego psa, kt贸rego trzyma艂 jako zwierz臋 domowe. Pies zostanie po艂o偶ony w psim parku. Linus b臋dzie mia艂 sw贸j w艂asny gr贸b.
Pewnego dnia Linus zadzwoni do swojej c贸rki, a ona wejdzie do kuchni i zastanie go le偶膮cego na plecach, jego cia艂o w plastikowej torbie, mentalnie przygotowuj膮cego w艂asny pogrzeb, jego my艣li p艂on膮 – b臋dzie p臋dzi艂 przez ca艂y dzie艅, a jego umys艂 b臋dzie lekki. Pies podejmie s艂aby, nieszcz臋sny wysi艂ek, aby podskoczy膰 i walczy膰; nie ma poj臋cia, co si臋 dzieje, i b臋dzie miota艂 si臋 i wi艂 z dala od przyt艂aczaj膮cej, parali偶uj膮cej si艂y okoliczno艣ci. Zrozumie tylko, co si臋 dzieje, kiedy pies wyprowadza si臋 poza horyzont, kiedy wy艂膮cza si臋 pr膮d lub kiedy dzieci wracaj膮 ze szko艂y.

Na razie Linus 艣pi. Nie b臋dzie mia艂 sn贸w.

Nazywa艂a si臋 R贸偶a. Mia艂a siedem lat, by艂a ciemna, z pi臋knymi ciemnymi oczami i d艂ugimi w艂osami opadaj膮cymi falami na ramiona. M贸wiono, 偶e jest c贸rk膮 Pana. Wyst膮pi艂a o przyj臋cie do akademii wojskowej na podstawie w艂asnych zas艂ug. Linus j膮 kocha艂. Z pewno艣ci膮 obudzi艂by j膮 rano, o 艣wicie, 偶eby mog艂a mie膰 wod臋 i myd艂o w 艂azience do umycia si臋. Potem przeczesywa艂a palcami w艂osy i bawi艂a si臋 z psem. W艂膮cza艂a radio lub ogl膮da艂a telewizj臋, ale Linus nigdy jej nie przerywa艂. Na pocz膮tku my艣la艂 nawet, 偶e to z艂y nawyk, ale potem zda艂 sobie spraw臋, 偶e nie chce, 偶eby przesta艂.

Przez chwil臋 m贸wiono o jej adopcji, ale potem pomys艂 po prostu nie by艂 w g艂owie Linusa.

Zna艂 ka偶de drzewo, ka偶d膮 ro艣lin臋, ka偶d膮 ga艂膮藕, ka偶dy kamie艅 i ka偶d膮 szczelin臋 w g贸rach. Wiedzia艂, gdzie szuka膰 drewna na opa艂, wiedzia艂, w kt贸rych miejscach Reggio Emilia zosta艂a wypalona, a kt贸re drogi i 艣cie偶ki by艂y wielokrotnie piaskowane. Wiedzia艂 te偶, gdzie szuka膰 blach, szafir贸w i szmaragd贸w – zbiera艂 je godzinami z R贸偶膮 i wiedzia艂, kt贸re kamienie kiedy艣 by艂y traw膮, a kt贸re twardymi chodnikami. Nie wstydzi艂 si臋 tego. To by艂o tak, jakby rozpozna艂 tam jaki艣 inny, silniejszy 艣wiat, pe艂en cud贸w, pe艂en kowalskich ognia i szabli, z lud藕mi odzianymi w kolczugi i 艣miertelnie walcz膮cymi.

– Wiesz co, R贸偶a? Tutaj ci臋 nie dotkn臋 – to by艂oby dla mnie dziecinnie proste. Pozwol臋 ci schowa膰 si臋 w ma艂ej tubie, a kiedy przyjd臋 zabra膰 twoje cenne cia艂o, mo偶esz si臋 uwolni膰.

Po偶egna艂 si臋 z ni膮 jeszcze raz i poszed艂 na skr贸ty przez las do swojego domu. Dla niego las by艂 uniwersytetem, z du偶ym zbiorem ksi膮偶ek i tom贸w, bibliotek膮, w kt贸rej trzyma艂 najrozmaitsze ksi膮偶ki.
Otworzy艂 bram臋 i ruszy艂 b艂otnist膮 uliczk膮, mijaj膮c studni臋 i 艣ciany z mu艂owej ceg艂y dom贸w, a potem zszed艂 ze wzg贸rza, tak daleko, jak tylko m贸g艂 zobaczy膰. Las ci膮gn膮艂 si臋 za nim – 偶ywy, pe艂en ptak贸w i zwierz膮t. To by艂 inny 艣wiat ni偶 ten, z prawie ca艂kowit膮 ciemno艣ci膮 i zapachem wilgoci i rozk艂adu. St膮d m贸g艂 odczyta膰 nier贸wne 艣cie偶ki tutejszych jeleni i loty wron. Zjecha艂 z jednej drogi i wspi膮艂 si臋 na drug膮, a偶 w ko艅cu dotar艂 do swojej ma艂ej drewnianej budki. Zdj膮艂 buty i skarpetki i po艂o偶y艂 si臋 na 艂贸偶ku, 偶eby si臋 wysuszy膰, ale nie m贸g艂 spa膰, wi臋c by艂by szcz臋艣liwy, gdyby zapali艂.

Ca艂膮 noc sta艂 przy wej艣ciu do swojej chaty, nas艂uchuj膮c, a偶 zasn膮艂. Rankiem, gdy las si臋 zacz膮艂 wy膰 niczym wilk, zobaczy艂 przep艂ywaj膮cy strumie艅 zwierz膮t. Niekt贸re z nich by艂y wi臋ksze od innych. Zebry, konie, jelenie, a nawet dziki pies, ale najliczniejsi byli ludzie. Rozpozna艂 niekt贸rych z nich: by艂 tam m臋偶czyzna z w膮sami i podr贸偶nym 偶artem utkanym z w艂os贸w z dolnej szcz臋ki, ch艂opiec oko艂o dwunastu lat, m臋偶czyzna z du偶ym brzuchem, kobieta w chu艣cie i m艂oda dziewczyna w kolorowej sukience. Zobaczy艂 te偶 w oddali biegn膮cego psa, suczk臋 Sab臋, ale m贸g艂 si臋 tylko domy艣la膰 rasy.

B艂yskawicznie zda艂 sobie spraw臋, 偶e potok zwierz膮t niesie mu 偶on臋 i c贸rk臋. Nagle poczu艂 rado艣膰, 偶e nic z艂ego si臋 z nimi nie dzieje. M贸g艂 przynajmniej przez chwil臋 si臋 nimi opiekowa膰; mogliby si臋 nim opiekowa膰.
Zobaczy艂 kap艂an贸w, na czele z bardziej ow艂osionym z trzech braci, wychodz膮cych z lasu z koszami i garnkami. Patrzy艂 bezradnie, jak czekali na nich ze starym cz艂owiekiem nad strumieniem. Saba wyruszy艂 poln膮 艣cie偶k膮 prowadz膮c膮 na po艂udnie, z dala od wioski, z dala od lasu, w kierunku ma艂ego jeziora z kamiennym mostem. Pobieg艂a za swoim panem, w膮chaj膮c powietrze. Saba by艂 jak szpieg zainstalowany w lesie pod postaci膮 zwierz臋cia. Kap艂ani przygotowywali puszki z jedzeniem i podczas gdy niekt贸rzy przynie艣li ju偶 ma艂e, g臋ste zawini膮tko, inni byli ju偶 zaj臋ci dzieleniem orzech贸w. Wkr贸tce w sza艂asie pojawi艂y si臋 trzy du偶e worki orzech贸w.

R贸偶a sta艂a w cieniu drzewa i obserwowa艂a Sab臋. Na odleg艂ym niebie ujrza艂a p贸艂ksi臋偶yc, jasny jak kropla krwi. Po chwili obok Saby pojawi艂 si臋 pies. Pobieg艂a za nim i przesz艂a przez ma艂y mostek, kt贸ry by艂 r贸wnie偶 jedynym sposobem na przekroczenie jeziora. Kiedy pies znikn膮艂 w lesie, zosta艂a sama.
Powiedzia艂a: 鈥瀌zi臋ki Bogu, 偶e to zrobili i b臋d臋 dzi臋kowa膰 Bogu, 偶e nie uton臋li. By艂oby 艂atwiej, ni偶 si臋 wydaje, 偶e przekroczyli wod臋, ale przynajmniej uda艂o im z艂apa膰 si臋 nawzajem i teraz walczyli w g贸r臋鈥. W艣r贸d drzew by艂o ciemno, a powietrze by艂o zimne i ostre. Saba popycha艂a matk臋, a ta chcia艂a schowa膰 twarz w jej brzuchu, ale nie mog艂a znie艣膰 tego odci臋cia od s艂o艅ca. Wi臋c ci膮gn臋艂a swoj膮 matk臋, czuj膮c, 偶e j膮 ratuje. By艂a jej pos艂uszna.

W pewnym momencie prawie uton臋li i to by艂by ich koniec. Ale ma艂y 偶o艂膮d藕 wypad艂 z 偶o艂臋dzia i Saba pomy艣la艂a, 偶e to znak, 偶e powinna j膮 zostawi膰. Wr贸ci艂a i dzi臋ki temu mo偶liwe sta艂o si臋 nowe 偶ycie. Wi臋c od tamtego dnia nie mog艂a sobie przypomnie膰, co robi.

Teraz da艂a si臋 ponie艣膰 Sabie. Pomy艣la艂a o 偶onie Big Foot, co oznacza艂o, 偶e pomy艣la艂a tak偶e o swoich dw贸ch ma艂ych c贸reczkach.

Nie wiedzia艂a, kiedy przyp艂ynie 艂贸d藕 jej ojca, je艣li w og贸le. Mo偶e to si臋 stanie, gdy zn贸w zostanie nape艂niona wod膮. Mo偶e zosta艂a ju偶 przeniesiona, mo偶e ju偶 przylecia艂a do brzegu. Nigdy si臋 nie dowiedzia艂a, bo gdy tylko Saba wyczu艂 miejsce, w kt贸rym mog艂aby by膰, znikn臋艂a. By艂a chciwa, wi臋c szuka艂a miejsca, w kt贸rym mog艂aby si臋 ukry膰.

W nocy, kiedy przesta艂a patrze膰, Saba zacz臋艂a stawa膰 si臋 coraz cie艅sza, a偶 nad ram膮, schowan膮 pod wios艂ami, spad艂o bezradne stworzenie. By艂a kobiet膮, dzieckiem, kobiet膮 w kobiecej sukience lub kobiet膮 le偶膮c膮 w drewnianej trumnie. Odt膮d, kiedy patrzy艂a na wielkie drzewa, zauwa偶y艂a, 偶e wszystkie ga艂臋zie i pnie zosta艂y ju偶 poci臋te na kawa艂ki, a teraz z ich drewna przerabiano statki i muszle do budowy trumien.

CZAS MOGGA

鈥濵in臋艂o siedemna艣cie lat, odk膮d ostatni raz widzia艂em ocean鈥 – oznajmi艂 zestaw ma艂ych p艂ywaj膮cych wysepek – 鈥瀒 nie mam zamiaru wi臋cej si臋 tym bawi膰. Poniewa偶 kiedy艣 na nim 偶y艂em鈥.

Nast膮pi艂a pauza.

鈥濩zekaj, czekaj鈥 – m贸wi艂 pewien kraj. Wygl膮da艂o na to, 偶e chcia艂 co艣 wtr膮ci膰 do rozmowy.

鈥濿iem, 偶e kiedy pada deszcz, musisz opu艣ci膰 rzek臋 i uda膰 si臋 w g艂膮b l膮du, ale tylko raz, tylko na jeden dzie艅鈥.

Z zewn膮trz s艂ycha膰 by艂o kumpla i wiele podniesionych r膮k.

– To niemo偶liwe – powiedzia艂 kumpel z zewn膮trz pokoju. 鈥濭dybym to by艂 ja, sp臋dzi艂bym ca艂y dzie艅 w ogrodzie, w wodzie鈥.

– 鈥濩o s艂ysza艂e艣?鈥

– 鈥濩zy nie pada ca艂y czas?鈥

– „Jasne, jasne.”

Jedna para r膮k, rodzina Palantine, podnios艂a r臋ce i krzykn臋艂a:

鈥濶ikt nigdy nie widzia艂 oceanu鈥 i tutaj wielki u艣miech ponownie pojawi艂 si臋 na ich twarzy.

-鈥濷pr贸cz nas鈥.

G艂osy stawa艂y si臋 wi臋c stopniowo coraz g艂o艣niejsze, a偶 w ko艅cu rozleg艂y si臋 brawa, re偶yser musia艂 odsun膮膰 od nich mikrofon, po czym publiczno艣膰 wypu艣ci艂a d藕wi臋k, kt贸ry dochodzi艂 gdzie艣 z wn臋trza ka偶dego z nich, jakby westchnienie, potem podmuch powietrza. I wreszcie nast膮pi艂o kolejne westchnienie, d艂ugie, melodyjne westchnienie.

Przeczytaj pe艂n膮 transkrypcj臋

Pozosta艂e odcinki (5)

27.02.2021
Udost臋pnij
https://voicehouse.co/odcinki/monolog-v-zlo/
KopiujSkopiowano
24.12.2020
Prowadz膮cy: Jaros艂aw Ku藕niar
Udost臋pnij
https://voicehouse.co/odcinki/jak-uczynic-z-maszyny-artyste-piotr-psyllos/
KopiujSkopiowano
24.12.2020
Prowadz膮cy: Jaros艂aw Ku藕niar
Udost臋pnij
https://voicehouse.co/odcinki/szczescie/
KopiujSkopiowano
24.12.2020
Prowadz膮cy: Jaros艂aw Ku藕niar
Udost臋pnij
https://voicehouse.co/odcinki/milosc/
KopiujSkopiowano
24.12.2020
Prowadz膮cy: Jaros艂aw Ku藕niar
Udost臋pnij
https://voicehouse.co/odcinki/smierc/
KopiujSkopiowano
Do艂膮cz do Voice House Club

Twoje ulubione autorki i autorzy, kt贸rych znasz z naszych podcast贸w, przygotowuj膮 dla Ciebie specjalne serie odcink贸w. Dajemy wiedz臋, poszerzamy horyzonty, m膮drze bawimy i pomagamy si臋 rozwija膰 w przyst臋pny spos贸b.

Zamknij
U偶ywamy cookies, 偶eby indywidualnie odpowiada膰 na potrzeby s艂uchaczy. Zasady przechowywania i dost臋pu do plik贸w cookies mo偶esz zmieni膰 w ustawieniach swojej przegl膮darki.